Lament na półkach z książkami
Witajcie!
Za nami już Dzień Pracy, amerykańskie święto zamykające okres letnich rytmów. W tym roku wypadł 7 września, wyjątkowo późno, w ten sposób przedłużając nieco czas otwartych plaż i miejskich basenów oraz ulgowo traktowanych piątków, ciut opóźniając początek zajęć szkolnych. Za nami Czytanie Narodowe – tak, także w Nowym Jorku odpowiadamy na hasło Warszawy, by przypomnieć wybrane dzieła z klasyki polskiej literatury. Po raz czwarty nasze dwie dzielne Elżbiety, entuzjastki: Ela Kieszczyńska i Ella Wojczak, zorganizowały to sympatyczne spotkanie (12 września, gościnnie w Stowarzyszeniu Weteranów Armii Polskiej przy Union Square na Manhattanie). W tym roku wybrano mickiewiczowskie „Dziady” i swojski jeszcze z czasów szkolnych tekst nabrał nowego wydźwięku dzięki wspólnemu na głos czytaniu. Za nami, dla wielu, wakacje, a tuż za rogiem – koniec lata.
Nowy sezon naszych cotygodniowych spotkań otwiera Joanna Rostropowicz-Clark opowiadając o trudach pożegnań i cięć przy przeprowadzce z miejsca na miejsca, i o pociesze jaką może oferować wierna obecność książki. Powrócą na łamy bloga także inni, dobrze już wam znani: Chris Rzonca śle raport z podróży do Lwowa; Zuzanna Golec prezentuje swoje pierwsze opowiadanie; Roman Markowicz przypomina o przyjemności słuchania zacnych gramofonowych płyt. Do tego zaprzyjaźnionego grona, dołączą nowe głosy: Iwona Momiatuk, wybitny polski podróżnik i fotograf, przygotowuje wpis o niespodziewanych spotkaniach, Iwona Korga opowiada o swojej przygodzie z historią…
Zapraszamy do czytania. Prosimy o komentarze (żeby mieć możność ich robienia, trzeba się zarejestrować i zanotować wybrane hasło, ale to tylko raz, kiedy się robi pierwszy komentarz, potem blog już rozpoznaje zarejestrowane osoby). Prosimy też, jeśli się coś podoba, o podanie dalej informacji o nas. Mamy solidny krąg stałych bywalców. Świetnie. Niech ten krąg się rozszerza i wzmacnia. Nasze wspólne bogactwo. GD

Przeprowadzam się z domu w Princeton do mieszkania na Manhattanie. Mniejsza przestrzeń, bo i czas starszej kobiety się kurczy. Po co jej dom, widne pokoje, ogród z przodu i ogród z tyłu, raj dla piesków i dzieci, ale już od dawna ich tu nie ma, a przyjezdne wizyty coraz mniej częste. Więc zabrać co potrzebne, co się w miejskim metrażu zmieści, pozbyć się reszty. Bez żalu. Dobrze, bez żalu, a książki! Niestety za dużo i niekoniecznie — mówię to sobie — nadal ważne.
Mów to sobie, ale nie im. Patrzą na mnie z niepokojem. Te polskojęzyczne prężą na gęsto zastawionych półkach swoje wysłużone grzbiety, prezentują zakładki, przypominają wieloletnie zasługi, wspólną z moją młodość, wczesne i odnawiane zachwyty, a jeśli późniejsze rozczarowania to także podlegające korektom. Jak wszystkie w długim życiu opinie, gusty, miłości i bunty. Nowsze, anglojęzyczne, też się niepokoją. Raz przeczytała, i już nie będzie chciała drugi albo i trzeci raz czytać, jak tę polską „Lalkę”, albo wielkiego jak tornister „Pana Tadeusza” (wydanie rocznicowe z 1955 roku, grzbiet się sypie). Pełno nas takich przecenionych do jednego dolara na ulicznym stojaku przed księgarnią Labirynt… Mogłabym im wszystkim razem powiedzieć, że wcześniej czy później czeka ich los gorszy niż przecena: pójdą na przemiał. Nie mówię, bo nie chcę w tym trudnym obustronnie momencie być okrutna.
Odkładam decyzje. Spędzę z nimi jeszcze trochę jaki nam pozostał przed pożegnaniem czasu… „Pożegnania”? Jakże uwielbiałam tę melancholijną powieść Stanisława Dygata! Dzieje się pod koniec wojny, w podwarszawskiej, mojej, Podkowie Leśnej, pogorzelcy z Warszawy, w zatłoczonej willi (tak jak nasza, jak wszystkie) szamocą się między rozważaniem strat i planami na jakże niepewną przyszłość, w kraju już częściowo opanowanym przez władze sowieckie. Niemcy uciekają — może też uciec, na Zachód? Gorączkowy handel czym się da, z czegoś trzeba żyć, odnawiane, pokaleczone uczucia miłosne. Obudzona energia walki o byt: po wojnie, ale w jakim on będzie pokoju? I adaptacja filmowa: rok 1958, czyli po politycznej Odwilży już ścinanej mrozem ze Wschodu, w genialnej reżyserii Wojciecha Hasa, z Holoubkiem, Janczarem, Kobielą, Marią Wachowiak, Hanną Skarżanką… Perła! Sięgam po książkę, ale jej nie ma na półce. Pewnie ktoś świsnął. Są, ledwie widoczne między „Boską komedią” w tłumaczeniu Porębowicza i „Lejzorkiem Rojtszwancem” Erenburga, „Rozmyślania przy goleniu”. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1959, coraz dalej od Odwiłży. Książeczka nieduża, umiejętnie oprawiona plastikową koszulką przez mojego ówczesnego męża, uzdolnionego w pracach ręcznych i artystycznych Tomasza Pobóg-Malinowskiego (1940-2015), który umieścił swój monogram, TPM, na stronie tytułowej. Więc i historia poniekąd materialna tego tomiku: kupno w ślicznej księgarni PIW-u przy ulicy Foksal (vis-a-vis popularnej w mieszanych sferach knajpy Kameralna); lektury zaznaczone wyblakłymi podkreśleniami; strzępek serwetki LOT-u z nabazgranym numerem telefonu (czyim?); nieusuwalny zapach papierosów… Habent sua fata libelli.
Czytam, nie mogę się oderwać. Ach, Dygat! Intelektualny polot, dowcip, cyzelowana w warszawskiej kawiarni (nieporównywalnej z żadną w świecie) poezja ironicznego, humoru. Echa znakomitego rodowodu felietonów Sienkiewicza, Prusa, Słonimskiego… Tyle tylko, że oni mogli, mimo rozmaitych przeszkód, głośno myśleć, nie kryć się w metaforycznej łazience przed pętlą cenzury. Grać z nią tam w chowanego. Tak Dygat o tym mówi: „Łazienka jest ostatnim bastionem bezwzględnej niezależności współczesnego człowieka. Tam, najzupełniej legalnie odseparowani dzięki kluczowi lub zasuwce od społeczeństwa i zwolnieni ze wszelkiego rodzaju służb, przymusów i ustępstw na jego rzecz, możemy poświęcić się wyłącznie sobie, i to zarówno fizycznie, jak i duchowo. …Zdarza się, oczywiście, iż wilcze prawa życia i tam usiłują nas dosięgnąć: domownicy dobijają się do łazienki złorzecząc, że zbyt długo ją zajmujemy.” Domownicy w felietonach Dygata są dalej lub bliżej. Ci dalsi, z wyższych pięter, o czym wszyscy wiedzą, ale napisać mogą tylko do szuflady („drugiego obiegu” wtedy jeszcze nie było), także podlegają wilczym prawom, mają nad sobą mocniejsze bestie, które rządzą naszym tu współczesnym folwarkiem zwierząt. Więc jeśli nie o nich myśleć przy goleniu, nie o tym co budzi gremialny gniew (nędza) i stopniowane oburzenie (koniec nadziei na „socjalizm z ludzką twarzą”), trzeba poniekąd terapeutycznie o gniewie zastępczym, powszednim oburzeniu mieszkańców domostwa ze wspólną łazienką. Pisze Dygat: „Otóż ludzie stali się od pewnego czasu bardzo oburzeni. […] O co tu chodzi, naprawdę bardzo trudno dociec. Dorośli ludzie gniewają się na siebie, odwracając z dumą głowę na swój widok, nie kłaniają się sobie, nie podają ręki i mówią o sobie wzajem ze świętym oburzeniem. W tygodnikach literackich ukazują się raz po raz jakieś niezrozumiałe dla nikogo notatki tego przeciw temu. Tam do diabła! Jeszcze nigdy nikt nie widział tylu naraz ‘sprawiedliwych’ obrzucających się wzajem kamieniami.” Stare dzieje…
Lubią to czytelnicy „Myśli przy goleniu”, ja wśród nich tak przed wiekiem, jak i teraz. Na przykład o naszej narodowej niechęci do ziomków, którzy zyskują poklask na zagranicznych festynach kultury. „Jeśli Borowczyk i Lenica otrzymują nagrodę, która daje im niepodlegający dyskusji prymat na świecie, nie rosną oni w naszych oczach, lecz maleje powaga tej nagrody.” Ergo, nakręcony za dziesięć tysięcy złotych film Tadeusza Konwickiego i Jana Laskowskiego „Ostatni dzień lata” nagrodzony Grand Prix na festiwalu w Wenecji. Albo sukcesy Bernarda Ładysza i Stanisława Skrowaczewskiego— Ładysz, Dygat zaznacza, został mimo zagranicznych laurów wpisany na listę śpiewaków drugiej kategorii a Skrowaczewski stracił stanowisko stałego dyrygenta Warszawskiej Filharmonii. Inaczej wobec importowanych idoli z Zachodu, na przykład wielbionego w Polsce Sartre’a albo młodych gniewnych dramaturgów w Londynie. Dygat odważa się nie wielbić, podkpiwa sobie z zagniewanych Brytyjczyków, a po obejrzeniu „Drzwi zamkniętych” Sartre’a westchnął: „…ale my jesteśmy biedni, zmartwienia związane z nicością pozagrobową to dla nas życie nad stan i dlatego jesteśmy skazani na —trochą nieszczęśliwą być może—miłość do istnienia.” Wreszcie pod koniec roku zapowiada przerwanie „Rozmyślań”. Pisze na pożegnanie, że znużyła go „odgrywana wraz z czytelnikami nędzna komedia, polegająca na mistyfikacji, że niby to naprawdę myślę w czasie golenia.” Dodajmy — głębszy wymiar tej mistyfikacji. Chwała mu za wynikłą z niej świetną literaturę i za świadomość obłudy.
Kolejna z szeregu niegdyś ulubiona nieduża książka — też czytam z niewygasłym zainteresowaniem: „Burzliwa pogoda” (PIW, 1971) znakomitego krytyka i teoretyka teatru Konstantego Puzyny. Kusi, żeby i o niej opowiedzieć, ale —czas ucieka, trzeba pakować, więc tylko kilka zdań. Teksty publikowane głównie w Polityce, najsłynniejsze, dwa, o teatrze Grotowskiego, jego „Apocalypsis cum figuris”. Zachwyca się tu Puzyna wielością obrazowanych ciałem aktorów mitów kulturowych, „cytatów z Biblii, pieśni kościelnych, Dostojewskiego, Eliota, Simone Weil” (między innymi) — zgodną z sformułowanym przez Grotowskiego „prawem powszechnej analogii”. A w Polsce, w drugiej połowie 1969 roku, tuż po Marcu i czołgach sowieckich w Pradze — zastanawiam się —jakie w tym misterium „o tajemnej logice świata” dla nas analogie? Łatwo je zgubić w takim genialnym tyglu. I niezbyt łatwo dostrzec w budzącym równy zachwyt Puzyny przedstawieniu zespołu Bread and Butter z Nowego Jorku. Przedstawienie uliczne, na wrocławskim trawniku, „głosi walkę z wojną, zabijaniem ludzi (i zwierząt!), z głodem, nędzą, uciskiem, cynicznym businessem, z mechaniczną bezmyślnością cywilizacji” (do nas jeszcze nie dotarła), a bezpośrednio z amerykańską agresją w Wietnamie. Niejeden z widzów pewnie pomyślał sobie wtedy, im to wolno w Nowym Jorku… „Najbardziej przejmujący spektakl o Wietnamie, jaki zdarzyło mi się widzieć,” konkluduje Puzyna. A na współczesny polski teatr narzeka. Rzadko żywy, jeszcze rzadziej współczesny. Chwali jako wyjątki dramaty Różewicza, filmy Wajdy, studenckie teatry z minionych lat, coś Iredyńskiego, coś Brylla. Koniecznie Gombrowicza. I „Warszawiankę” Wyspiańskiego graną przez studentów PWST w Warszawie, zamkniętą dla publiczności. „To rzadki dziś teatr: o coś w nim chodzi.” Ale nie rozwija tej skargi, nie może. Burzliwa pogoda.
Kto następny z mojej półki? Może „Portrety paryskie” Renaty Gorczyńskiej? Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, koniec wieku. Brak mi Ciebie Renato, za wcześnie odeszłaś.

Joanna Rostropowicz-Clark – warszawianka z urodzenia i za czasów studenckich (polonistyka i socjologia na UW). Skończyła studia doktoranckie w Filadelfii (literatura porównawcza na University of Pennsylvania). Pisarka i publicystka, jest redaktorem specjalnych numerów The Polish Review (No. 3, 2022 poświęcony twórczości Andrzeja Bobkowskiego; No.1, 2026, dedykowany Jadwidze Maurer), autorką licznych artykułów krytyki literackiej oraz czterech powieści i dwóch zbiorów opowiadań. Powieść Sygnet, z pogranicza autobiografii i fikcji, ma się ukazać w Polsce na początku 2027 r. Kończy przygotowywanie angielskiej wersji powieści W cichym lesie Vermontu, do publikacji w USA. Po czterech dekadach spędzonych w przedmiejskich sielskościach Princeton, NJ, powróciła bieżącego lata do rozmachu wielkomiejskiego Manhattanu.





Comments