Jak tonąć, to z klasą
- Grażyna Drabik

- 13 hours ago
- 9 min read

Moby Dick w inscenizacji Roberta Wilsona.
A jednak zdarzają się rzeczy niebywałe. Wbrew. Pomimo że hałas, pośpiech, gęsto od problemów, iskier z wojny, niepewności. Codzienność przytłacza. A tu – kurtyna się unosi i cud, dar jakby z nieba. Ale nie, bo dzięki ludzkiej wyobraźni i pracy. Moby Dick, ostatnia inscenizacja przygotowana przez Roberta Wilsona jest transformacją powieści Hermana Melville’a w przedstawienie na głos, światło, taniec i muzykę.
Powieść, opublikowana w 1851 r., jest ogromna. Wiedzie nas przez portowe miasto Nantucket, gdzie jaśnieją biało malowane domki nielicznych żeglarzy, którzy dożyli starości. Gdzie w surowej salce kościółka słuchamy kazań Ojca Mapple. W podrzędnych karczmach chronią się w trunku ci, już uszkodzeni przez życie, a młodzi, naiwni i głodni przygód, szukają służby na morzu. Ponad 600 stron opowieści, którą wije Izmael – jedyny członek załogi, który uratował się z katastrofy Pequod, statku wielorybniczego pod przeklętym dowództwem kapitana Ahaba. Prowadzi nas przez labirynty ludzkich pragnień i złudzeń, okrucieństw i szaleństw. Razem z nim, zamknięci w łupinie łodzi, żeglujemy bezkres morza.
Szaleństwem Melville’a było, by niby w zwykłej powieści przygodowej przekazać wszystkie ludzkie sprzeczności: wytrzymałość i kruchość ciała, ślepotę nienawiści i wielkość ducha, niewiarę i siłę wiary. By filozoficzne rozważania wpleść w lekcje o nawigacji i sztuce harpunnika. Podzielić się wiedzą o różnych gatunkach wielorybów i tradycjach żeglarskich. Ostrzec jak jeden człowiek może skazać całą załogę na zagładę. Wskazać jak jeden gest może uratować duszę. Książka, niedoceniona przez krytyków i zignorowana przez czytelników, zakończyła karierę pisarską Melville’a. Pozostała bez echa do końca jego życia. Czekała ponad wiek, by być, parokrotnie już, na nowo odkrywana. Nadal jest bardziej znana z tego, że wiemy o niej, i tą wiedzę sobie cenimy, niż potrafimy doczytać do końca.
Jak przekazać te bogactwa na scenie? Skąd odwaga, by epos zamknąć w 100 minutach przedstawienia? Robert Wilson (1941-2025), jeden z najważniejszych nowatorów sztuki teatralnej naszych czasów, wyrobił swoją ścieżkę na przekór własnych początków, zygzakiem. Pochodził z Waco, w Teksasie, wychował się w konserwatywnym środowisku, negatywnie naznaczony jako gej i jąkała. W Teksasie studiował ekonomikę i zarządzenie, w Nowym Jorku zmienił kierunek na sztukę. Skończył architekturę w Pratt Institute. Uczył się lalkarstwa z Jean-Claude van Italie, tańca według reguł Merce Cunnighama i Marthy Graham, malarstwa z George McNeilem. Wypracował własny alfabet gestów i technikę ruchu: powolnego, pełnego gracji i lekkości, wykonywanego z uważną celowością. Stworzył dramatyczną teorię światła-koloru: świetlna biel mogła grać jako czyste tło, mogła być pełnią i misterium wszystkich kolorów.
Mimo radykalnej wizji, która wymagała kontroli nad całością i uwagi dla każdego szczegółu, Wilson posiadał też talent twórczej współpracy. Wiedział, kiedy jego wizja ma się pokłonić muzyce, kiedy słowo i cisza muszą mieć swoją przestrzeń. Z szacunkiem dla Wagnera przygotował tryumfalne inscenizacje Percivala (1991) i Der Ring des Nibelungen (1999/2010). Razem z kompozytorem Philipem Glassem i choreografką Lucindą Childs stworzyli rewelacyjną operę Einstein on the Beach (1976). Z muzykiem Tom Waits, piosenkarką Marianne Faithful i pisarzem William Burroughs – operową adaptację starej folk-ballady The Black Rider (1990/ 2004). Z kompozytorką Bernice Johnson Reagon – oratorium The Temptation of St. Anthony (2003). Z Michaiłem Barysznikowem – poruszający portret tancerza Wacława Niżyńskiego (2016)… Jego mottem do prób było: „To, co widzisz, powinno ci pomóc słyszeć. To, co słyszysz, powinno ci pomóc widzieć”.
Nad projektem Moby Dick pracował razem z Anna Calvi, angielską piosenkarką, gitarzystką i kompozytorką. Tekst Hermana Melville’a skondensował do jego poetyckiej esencji. Tytuły 135 rozdziałów używa jako jeden z refrenów. Imiona żeglarzy - oficerów Starbuck i Flask, harpunników Tashtego, Perth, Queequog… - powtarza w rytuale przywoływania duchów. Kontrastem światło-cienia odtwarza ciasnotę kajuty, przywołuje bezkres morski. Niszczycielskiej sile nienawiści Ahaba przeciwstawia biblijną historię o Jonaszu, ukaranym przez Boga za arogancję, uwolnionym z brzucha kaszalota przez akt poddania się Jego woli. W dawne nauki, wplątuje ich nowe wersje. Bóg stworzył wieloryba czwartego dnia, w prahistorii człowieka. My w ciągu jednego wieku, w latach 1900-1990, wymordowaliśmy trzy miliony wielorybów… Piosenki Calvi punktują te zmienne wątki tęsknym beatem bluesa, niespokojnymi wibracjami jazzu, groźnym naleganiem punk-rocka:
Czy czujesz – żądzę krwi
w przyśpieszonym biciu serca?
Bóg nam nie wystarcza
My sami jak szaleni bogowie
Zbyt szaleńczy by umrzeć
Zbyt wysoko mierzący
Wilson zachował Izmaela jako narratora, ale dodał mu na scenie młodego Chłopca, którego nudzą dawne historie. Kiedy jednak starzec nalega: To dobra opowieść, kiedy magiczna fraza: Dawno, dawno temu… otwiera przestrzeń, gdzie wszystko staje się możliwe, budzi się pamięć i fantazja. Chłopiec nadal się podśmiewa ze starego bajarza, lecz coraz uważniej go słucha. Rozmyślne kadencje śpiewu-tańca wciągają jego i nas w spirale opowieści o klęsce Ahaba i dorastaniu Chłopca. Ludzki dramat rozgrywa się raz jeszcze. I raz jeszcze opowieść przynosi nadzieję. Sięga ku gwiazdom. Bowiem Jeśli marzyć potrafisz, być może zdarzy się to, o czym marzysz.
I tak to ostatni projekt Wilsona, poetycka kantata Moby Dick, stał się listem pożegnalnym artysty, pięknym darem dla nas.


Robert Wilson, Moby Dick. Zdjęcia Julia Cervantes
*
Z uśmiechem przyglądamy się jak tonie całkiem inny stateczek. Tu załoga jest bardziej swojska, przestrzeń do nawigacji skromniejsza, konflikty mniej poważne. To znaczy, śmiesznie niepoważne tylko dla nas, obserwujących widowisko z zewnątrz, bo dla samych zainteresowanych rzecz rozwija się w coraz gorętszej atmosferze sąsiedzkich konfrontacji, aż prawie na śmierć i życie. Przedstawia to z dużą dozą ironii mistrz sprawnego dialogu i przewrotnych zaskoczeń, David Lindsay-Abaire. W Kimberly Akimbo, który zdobył Nagrodę Tony jako najlepszy musical w 2023 r., dramatopisarz potrafił dodać nutę serdecznego uśmiechu do tragedii młodej osoby ciężko doświadczonej chorobą progeria. W nowej sztuce The Balusters Lindsay-Abaire wybrał bezpieczniejszy teren do satyry, i śmiech rozbrzmiewa często i głośno.
Cóż to jest ten tytułowy ‘baluster’? W technicznym tłumaczeniu: balasek lub tralka, czyli wertykalny słupek podtrzymujący górną poręcz. Rzecz konieczna, by zamknąć przestrzeń między dolną a górną barierką ogrodzenia, przydatna gdy wyznaczasz granice ogródka, lub chcesz wzmocnić ogrodzenie werandy. No właśnie, tu kość niezgody: ktoś w sąsiedztwie do wykończenia werandy w historycznym domu dobrał historycznie niewłaściwe obalustradowanie! Sąsiedzi się burzą: donieść przekroczenie do władz? wezwać ignorantów na przesłuchanie? zażądać przeróbki?
Przysłuchujemy się debatom Związku Mieszkańców Vernon Point, w jakimś anonimowym mieście na Wschodnim Wybrzeżu. Mogłaby to być enklawa na Brooklinie czy Queensie, uliczka na zachodniej stronie Manhattanu, jakakolwiek historyczna, względnie stabilna dzielnica większego miasta. Tu zielona trawka przy jednorodzinnych domkach, posprzątany chodnik wzdłuż kamieniczek z piaskowca, lecz za rogiem już podchodzą wieżowce. Straszy zaśmiecona ulica podupadłych sklepów, zapuszczony teren przy blokowisku. Na zebraniu stowarzyszenia sąsiedzi popijają herbatę i kawę, trochę plotkują, skarżą się na problemy z nieusuwaniem psich kupek, szukają rozwiązań dla zbyt szybkiego ruchu samochodowego na ulicy. Za tymi szczegółami kryje się szerszy niepokój: jak powstrzymać miasto-monstrum przed połknięciem wysepki.
Świetny zespół aktorów wcielił się w zbieraninę charakterystycznych typów. Nie ma tu skrajności biedy ani bogactwa. Wszyscy są w miarę wykształceni, mniej lub bardziej zamożni, ambitni i pracowici. W tym szerokim średniactwie mieni się po amerykańsku etniczno-rasowo-pokoleniowo-genderowa rozmaitość. Przewodniczącym związku, od lat, jest Elliot (Richard Thomas), biały, starszy, około 70-tki, społecznik. Ze znawstwem walczy o pamięć o historii sąsiedztwa i utrzymanie statusu quo w stowarzyszeniu. Melissa (Jeen Yi), wice-przewodnicząca, azjatka-amerykanka, około 40-tki, lezbijka. Nie może się doczekać, kiedy wreszcie przejmie przywódczą rolę. Isaac Rosario (Ricardo Chavira), latynos w średnim wieku, z udaną karierą w budonictwie. Dumny z dorobku i zdobytego statusu jest bardziej przyjazny niż inni. Willow (Kayli Carter), biała, koło 30-tki, „baby” grupy. Tu wychowana, odziedziczyła po ojcu dom i miejsce w stowarzyszeniu. Super-liberalna, zwalcza „bezwzględność kapitalizmu”, broni praw zwierząt, jest nieznośnym „sumieniem” stowarzyszenia, wyczulona na niuanse „właściwych” poglądów i „słusznych” zachowań. Kyra (Anika Noni Rose), afro-amerykanka, około 40-tki, piękna i świadoma swej urody, mocno wygadana. Sprowadzili się z mężem z Balitmore, zamieszkali w największym domu, czule go odrestaurowując. Kyra spełni rolę Nowego, przybysza z zewnątrz, który zakłóci ustalony porządek…
Niesprawiedliwe, że nie wymieniam wszystkich, bo każda postać jest tu świetnie zarysowana i aktorsko doskonale rozegrana. Wciągają nas, świadków z boku, wiry dialogów w wartkim rytmie wyznaczonym przez Kenny Leona. Za fasadą stałych związków, odkrywamy niedomówienia i zdrady. Za grzecznym uśmiechem, złośliwość. Za sceptyczną postawą, przeciwnie, dobre serce. Fascynują te rewelacje i objawane sekrety. Ktokolwiek uczestniczył w podobnych zebraniach, rozpozna dynamikę zmieniających się sojuszów i narastających konfliktów, trud uzgodnienia prostych spraw. I jak wyraziście w czasie debat ujawniają się indywidualne cechy. Każdy objawi jakąś swoją słabostkę. Doświadczy publicznej porażki czy ośmieszenia. Każdy też będzie miał moment osobistego tryumfu lub mini-olśnienia.
Świetne przedstawienie jest tak spójne i punkty uwagi tak zmienne, że nie sposób wyróżnić, kto odgrywa podrzędną rolę, a kto jest tu najważniejszy. Czy to Elliot, który zbudował podstawę stowarzyszenia? Kyra, która wnosi nową energię i nowe pomysły? Może pełna prowokującej siły Ruth (Margaret Colin), skrabnik stworzyszenia, lubiąca mówić bez ogródek? A może Penny (wspaniała Marylouise Burke), nestorka tej wielobarwnej grupy mieszkaców Vernon Point. Wdowa, kiedyś pracowała w firmie nieruchmości prowadzonej przez Elliota. Teraz ledwie tolerowana przez młodszych, zachowała bystre oko, pogodę ducha i zdrową dozę rozsądku. To ona wypowiada najmądrzejsze słowa sztuki. Przypomina, że każdy w tym gronie jest w gruncie rzeczy porządnym człowiekiem. Każdy też popełnia błędy. Najważniejszą zasadą dobrego sąsiedztwa jest nie ostry nadzór i czujność, lecz wzajemny szacunek i tolerancja. Cierpliwość słuchania. Gotowość do rozmowy.
Kayli Carter (Willow Gibbons) i Margaret Colin (Ruth Ackerman)
Marylouise Burke (Penny Buell) Ricardo Chavira (Isaac Rosario)
Margaret Colin z balaskiem
Richard Thomas (Elliot Emerson) i Anika Noni Rose (Kyra Marshall)
Yeena Yi (Melissa Han)

Zespół The Balusters. Zdjęcia Jeremy Daniel
*
Miasteczko jest niewielkie, w głębi wielkiego kontynentu: Skidmore, Missouri. Niczym szczególnym się nie odznacza. Na skrzyżowaniu ulic, warzywniak i sklep gospodarczy, prowadzony przez Lois i Bo Bowkampa. Nieopodal, lokalny bar, jedyny, gdzie gospodarzy Ida stoickiego ducha. Kościółek, w którym pastor poucza mieszkańców i przypomina o składaniu datków.
Monodram Johna Holdena i Eda Stambollouiana, Kenrex, przypomina o tragedii, która wydarzyła się w Skidmore dawno temu, lecz nadal trwa w pamięci. Był to punkt kulminacyjny dziesięciu lat mordęgi mieszkańców terroryzowanych przez lokalnego bandytę. Ken Rex McElroy był jednym z nich, ale i obcy. Urodził się i wychował tutaj, lecz rodzina przybyła skądś z daleka, trzymała się na uboczu. On sam był osobnikiem uszkodzonym na ciele i duszy. Nienawidził świata i wściekłość kierował przeciw każdemu, kto mu stanął na drodze. Uznawał towarzystwo tylko swoich półdzikich psów, tresowanych do polowania na szopy pracze, a także do zastraszania sąsiadów.
Ponad dwadzieścia razy mieszkańcy składali sprawy do sądu: o kradzież, prowokację do bójki, pobicie, napuszczenie psami, o porwanie i więzienie małoletniej dziewczyny, w końcu o próbę zabójstwa… Za każdym razem, McElroy uniknął kary. Miał pomocnika, nie w czynach, lecz w unikaniu odpowiedzialności. Adwokat Richard McFadin, sprawny w zawiłościach prawa, potrafił za każdym razem znaleźć odpowiedni kruczek, by McElroy nie musiał spędzić choćby jedną noc w więzieniu czy zapłacić odszkodowanie.
W lipcu 1981 r. McElroy został zastrzelony w biały dzień, na ulicy, w obecności 60 świadków, mieszkańców Skidmore i okolicznych ferm. Nikt z przesłuchiwanych nie wyznał, czyje były strzelby użyte do zbrodni, ani kto z nich strzelał. Nikt nic nie widział, nic nie powiedział. Fakty relacjonuje młody lokalny prokurator, David Baird, nagrywając zeznanie dla Anette Parker, Agenta Federalnego, która chce zamknąć, trzy lat po zabójstwie, akta sprawy jako „nierozwiązanej”.
Holden odgrywa wszystkie postacie uczestniczące w opowiadanych wydarzeniach. Przekonywująco wciela się w McElroya, przywołując grozę bezwzględności i obojętnego okrucieństwa. Potrafi dobrze oddać śliską inteligencję McFadina, prawnika do kupna. Z sukcesem pokazuje przemianę Treeny, którą McElroy bezkarnie omamił, zgwałcił i poślubił. Z nieśmiałego podlotka o słodkim głosie, Treena przemieniła się we wspólnika Kenrexa, pobratymcę w nienawiści i chęci zemsty. Słabiej udaje mu się uchwycić indywidualne cechy innych mieszkańców Skidmore. Pozostają dla nas tajemnicą. Możemy się tylko domyślać jaki ciężar musieli unieść, w jakim cieniu winy żyli przez lata po zbrodni.
Słabym łączem tekstu jest denerwująco naiwny Baird, jakby bezradnie zagubiony w sytuacji. Dopomina się o dalszy ciąg śledztwa przeciw obywatelom Skidmore. To on jednak powinien lepiej wiedzieć, że sądy ich zawiodły. Casus „Skidmore, 1981” mniej nas informuje o niebezpieczeństwach samowoli w egzekwowaniu sprawiedliwości, bardziej o kryzysie systemu sprawiedliwości. Prawo, systematycznie i bezkarnie obchodzone, staje się bezprawiem.
Jack Holden i John Patrick Elliott. Zdjęcia Manel Harlan
_________________________________________________________________________
Robert Wilson, Moby Dick, na podstawie powieści Hermana Melville’a, z muzyką i piosenkami Anny Calvi. Reżyseria, scenografia i oświetlenie: Robert Wilson; kostiumy: Julia von Leliwa, video: Tomasz Jeziorski. Zespół aktorski: Rosa Enskat (Captain Ahab), Raphael Gehrmann (Ishmael), Christopher Nell (The Boy), Heiko Raulin (Starbuck), Yaroslav Ros (Queequeg), Jürgen Sarkiss (Flask/ Father Mapple), Michael Fünfschilling, Moritz Klaus, Jonas Friedrich Leonhardi, Yascha Finn Nolting i Roman Wieland (inni harpunnicy i żeglarze) oraz muzycy i śpiewacy pod kierunkiem Doma Bouffarda. Premiera 7 września, 2024 r., w Düsseldorfer Schauspielhaus, w Niemczech, przedstawienia w Nowym Jorku 29 kwiecień – 3 maj w BAM Howard Gilman Opera House (Brooklyn Academy of Music).
David Lindsay-Abaire, The Balusters. Reżyseria: Kenny Leon; scenografia: Derek McLane; kostiumy: Emilio Susa; oświetlenie: Allen Lee Hughes; muzyka i inżynieria dźwięku: Dan Moses Schreier. Występują: Marylouise Burke (Penny Buell), Kyli Carter (Willow Gibbons), Ricardo Chavira (Isaac Rosario), Carl Clemons-Hopkins (Brooks Duncan), Margaret Colin (Ruth Ackerman ), Michael Esper (Alan Kirby), Maria-Christina Oliveras (Luz Baccay), Anika Noni Rose (Kyra Marshall), Richard Thomas (Elliot Emerson) i Jeena Yi (Melissa Han). Produkcja Manhattan Theatre Club, premiera 21 kwietnia, przedstawienia do 7 czerwca, w Samuel J. Friedman Theatre, 261 W. 47 St., przy Times Square.
Jack Holden i Ed Stambollouian, Kenrex, z muzyką Johna Patricka Elliotta. Reżyseria: Ed Stambollouian; scenografia i kostiumy: Anisha Fields; oświetlenie i video: Joshua Pharo; inżynieria dźwięku: Giles Thomas. Wykonanie przez Johna Holdena. Premiera 26 kwietnia, przedstawienia do 27 czerwca, Lucille Lortel Theatre, 121 Christopher Street, Greenwich Village.






















Comments