top of page

KLONOWY LIŚĆ

Podróż i spotkania polskich artystów w Toronto oraz kulisy działalności teatru emigracyjnego prowadzonego przez Marię Nowotarską i Agatę Pilitowską.

Zadzwonił nieoczekiwany telefon. Przyjemny głos w słuchawce powiedział: „Do zobaczenia w Toronto, wszystko przygotowane na wasz przyjazd”. Nasza przyjaciółka, Agata Pilitowska, dotrzymała słowa z zaproszeniem do Kanady, na kolejną premierę teatru, który prowadzi razem ze swoją matką, Marią Nowotarską. 


Szybka decyzja, i już szykujemy się do kanadyjskiej wyprawy. Najpierw wyszukiwanie lotów Nowy Jork-Toronto, potem pomysł opracowania trasy samochodem… Przymknęłam na chwilę oczy i zobaczyłam siebie w przedziale restauracyjnym: z dobrą herbatą w fajansowej filiżance i pięknym krajobrazem mijającym za oknem. A więc, pociąg! Internet podpowiedział: AMTRAK Maple Leaf. Rozmarzyłam się w eleganckim pomyśle jazdy pociągiem o tak słodkiej nazwie. 


Przypomniał się smak placków z sokiem klonowym w dzieciństwie. Błogi uśmiech na twarzy przypomniał śniadania robione dla naszego syna, z dużą ilością tej specjalności z Kanady. Usłyszałam z daleka głos mamy: “Iza, pamiętaj o soku klonowym. Kończy się.” I postanowienie: Teraz kupię dwa słoje. Kanadyjski sok jest najsmaczniejszy.


Nadal uśmiechnięta kupuję bilety dla dwojga. Nie tak prędko. Teraz wszystko on-line, a więc trzeba stworzyć kolejne konto, tym razem dla AMTRAK. Kolejne passwordy. Kolejne weryfikacje: numer telefonu, email, rozmiar buta… W końcu karta płatnicza, gdy zawsze dostaję przyśpieszenia pracy serca. Ale mamy już pierwsze detale: wyjazd o 7 rano z Penn Station. Dojazd na miejsce 12 godzin później. Cudownie, herbata z krajobrazem za oknem coraz bliżej. Witaj, klonowa przygodo.  


Jeszcze tylko formalności związane z wykupieniem biletów. Okazuje się, że  odprawa paszportowa on-line jest niezbędna, bo czasy przejazdu kanadyjskiej granicy na amerykańskim prawie jazdy minęły bezpowrotnie. I tutaj kolejna przeszkoda do pokonania: mój paszport amerykański jest nieważny od wielu lat. Uświadomiłam sobie, że minęło 15 lat od ostatniej wizyty w Europie. Jak ten czas leci, zamyśliłam się znowu. Stanęły mi w oczach obrazy z Polski. Po chwili wracam do ekranu komputera. Składam aplikacje na odnowienie paszportu, on-line, a jakże. Nowy paszport będzie przysłany do domu pocztą, za 10 dni roboczych. Dwa tygodnie później, rzeczywiście, mam paszport w ręku, bilety w telefonie. Wszystko układa się klonowo.    


Potem jednak zrobiło się nie tak słodko. Pobudka o 4 rano, o 6 w subwayu do 34 Ulicy. Odprawa. Zajmujemy miejsca. Ruszył pociąg. Jedziemy tyłem do kierunku jazdy. Byłam pewna, że to chwilowa niedogodność. Szyja boli po kilkunastu minutach. Jednak trzeba zmienić siedzenia, bo tak będziemy jechać aż do granicy, wiele godzin. Krajobraz za oknem monotonnie szarobury. Zbyszek dowcipkuje o klonowym pomyśle. Znęca się, i ma rację. Czeka nas cały dzień w pociągu, a restauracyjny wagon wcale nie przypomina tego spod moich przymkniętych powiek.  Jesienny krajobraz nie porywa, stukot kół usypia, na szczęście szyja już nie boli. I tak do granicy. 


Po obu stronach służby graniczne sprawdzają pociąg, który wszyscy musimy wraz z bagażami opuścić. Pytań bez końca: W jakim celu jedziemy?,  na jak długo?, kiedy powrót?, co przewozimy?, u kogo się zatrzymamy?,  to wakacje, nie wakacje?...  Patrzą nam głęboko w oczy przy każdej odpowiedzi. Kończy się wszystko powrotem do naszych przedziałów. (Cała procedura powtórzy się trzy dni później.) Mało uśmiechów, czujne spojrzenia przypominają, że jesteśmy na granicy dwóch państw, niekoniecznie obecnie się kochających. 


Pamiętam dawne lata, kiedy wszystko było zaskakująco proste, bez nerwów i bez stresu. „September 11” zmienił granice na zawsze. Obecna zabawa w cła wepchnęła nas w zupełnie inną relację z Kanadą. Poczułam zimny liść klonowy w ręku i na twarzy. 


Podróż i spotkania polskich artystów w Toronto oraz kulisy działalności teatru emigracyjnego prowadzonego przez Marię Nowotarską i Agatę Pilitowską.

Późnym wieczorem, już w Toronto, wita nas na peronie piękna, energiczna i roześmiana Matylda, która eskortuje nas w ramiona następnych, równie sympatycznych twarzy. Nasi gospodarze, małżeństwo Czajkowskich, zgodni z nami w poglądach, humorach i w sposobie życia, cierpliwe otulili nas opieką przez następne dwa dni. Ich zacisze domowe wypełniał głos Zbyszka i mój. Słuchali uważnie, czasem spoglądając na siebie. Tsunami opowieści i anegdot. Wygląda, że są absolutnie idealnymi gospodarzami, którzy odpoczną po naszym wyjeździe i pewnie z dziesięć razy się zastanowią, czy następne tsunami będą w stanie szybko zaakceptować. 



W sobotę idziemy na premierę siostrzanego teatru emigracyjnego w Toronto. Spektakl zatytułowany Pocałunki to intymno-biograficzna przypowieść miłosna Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Teatr poezji, czyli duże wyzwanie. Mogą być nudy na pudy, albo….Trzymamy kciuki za kolegów!!


Podróż i spotkania polskich artystów w Toronto oraz kulisy działalności teatru emigracyjnego prowadzonego przez Marię Nowotarską i Agatę Pilitowską.


Publiczność na sali przyjazna, elegancka. Przyjechali z różnych stron wiedząc, że po raz kolejny ich teatr zagra na najwyższych tonach specjalnie dla nich. To buduje poczucie przynależności. Patriotyzm mierzony kulturą, sztuką i pięknem. Jestem pod wrażeniem.

Na scenie tylko kilka rekwizytów, niewiele dekoracji. Gaśnie światło na widowni, równocześnie zapala się na scenie. Czuję jak serce unosi się do gardła, wilgotnieją mi oczy. Zaniepokojona sięgam do torebki. Chusteczka potrzebna, i to szybko! Znowu jestem w tej samej kłopotliwej sytuacji, która towarzyszy mi od dawna. Szczególnie, kiedy jestem na widowni. Kiedy gram, adrenalina blokuje potęgujące się z minuty na minutę wzruszenie. Ale kiedy jestem na widowni…. Trudno, chusteczka jest konieczna w ręku, bo spięcie „gardło-serce” pompuje łzy i potęguje wstrzymywany na siłę szloch.


Gardło-serce pojawiło się w moim życiu po wyjeździe z Polski. To było i jest poza moją kontrola. Dopada mnie w teatrze, na występach tanecznych i na koncertach. Taka wierna część „Izy imigracyjnej”. A stało się to tak: Jeff, mąż siostry Zbyszka, Haliny, zafundował dla całej rodziny bilety na musical Miss Sajgon na Broadwayu. Było to na początku naszego pobytu w Stanach. Mieszkaliśmy wtedy w dużym domu w Westchester, kątem właśnie u Haliny i Jeffa. Radość z pierwszego wyjścia do teatru była ogromna. Miejsca mieliśmy w najlepszej sekcji. Korzystając z jeszcze wolnego czasu przed rozpoczęciem spektaklu, podeszłam bliżej sceny. I wydarzyło się to coś, co towarzyszy mi do dziś. Wzruszenie, szybsze bicie serca, które wskakuje do gardła i prowokuje łzy, cieknące same po policzkach. Byłam zdziwiona tym słonym protestem. Próbowałam zatrzymać szlochanie, ale nie udało się. Czujne spojrzenia rodziny też nie pomogły. Na szczęście zgasło światło na widowni.


Gardło-serce przeszkodziło mi kiedyś powiedzieć jedno logiczne zdanie na występie Adeli. Adela, córka moich amerykańskich sąsiadów-przyjaciół, prawie rodziny, występowała w teatrze kończąc 12-letnią edukację tańca hinduskiego. Poprosiła mnie i kilku członków rodziny do ukłonów. Zdjęliśmy buty wchodząc na scenę. Stanęłam obok Adeli, hinduskiej księżniczki z baśni, trzymałam jej rękę, i płakałam jak bóbr. Moja mała, już duża, Adela ściskała moją rękę i mówiła cicho: „Iza, nie płacz, nie płacz”. A to tylko powodowało u mnie jeszcze głośniejszy szloch.    


                                                                                                                

Albo inna sytuacja. Teresa Żylis-Gara, wybitna śpiewaczka operowa miała jeden, prawie prywatny koncert w konsulacie, chyba w 1997 lub 1998 r. Po występie podeszłam, aby jej podziękować za wspaniały występ. Chciałam powiedzieć również, że płytę z jej głosem słuchałam godzinami jako nastolatka w Polsce, że jej kariera i podbój świata były dla mnie inspiracją do uchylenia moich drzwi na świat. I znowu cholerne gardło-serce mowę zablokowało, za to otworzyło kraniki ze łzami. Pani Teresa popatrzyła mi w oczy i powiedziała: „Będzie kiedyś dobrze”. Nie mogłam nic odpowiedzieć, zajęta chusteczkami przy oczach, mogłam tylko pokiwać głową.


Ale powróćmy do Toronto i do Pocałunków. Maria Nowotarska, świetna aktorka i wytrwały człowiek teatru, prowadzi nas przez namiętność, poszukiwanie miłości, zdradę, romans, i małżeństwo poetki. Przeciąga krętymi ścieżkami uniesień miłosnych, rozczarowań i obserwacji z pozycji siostry autorki, Magdaleny Samozwaniec. Kochającej siostry, która ma zawsze więcej do powiedzenia. Świat realny miesza się z nierzeczywistym. Burza namiętności uspakaja w ramionach wybranego i kochającego męża. Maria Jasnorzewska mówi: “Jestem zaopiekowana.” Zaopiekowana, czyli szczęśliwa. Idyllę miłości, dojrzałej i spokojnej, przerywa widmo nadchodzącej wojny. Zostajemy z tym mrożącym krew w żyłach obrazem kroczącego w jej stronę ZŁA. Zła, które wszystko zmieni.


Marii Nowotarskiej, autorce scenariusza i reżyserce spektaklu, udaje się zgrabnie połączyć wiersz z muzyką, zaskakującą akcją i światem duchowym Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Pocałunki są wzorcowym przykładem budowania wierszem teatru pełnego nieoczywistych rozwiązań, lekkiego, dowcipnego i pulsującego życiem.


W roli poetki dobrze sprawdza się Agata Pilitowska, która ujawnia nam sekrety swoich młodzieńczych namiętności. Dojrzewa na naszych oczach. Z podlotka staje się kobietą. Gratulacje należą się także Marii Nowotarskiej (Magdalena Samozwaniec), Ilonie Annie Urbaniak (Echo Muzyczne) oraz  Krzysztofowi Medynie (saksofon). Głos z offu zapewnił Piotr Pilitowski, czyli Tymon Terlecki. Rodzina Nowotarskiej-Pilitowskich to klan artystów z najwyższej półki.


Na zapleczu dołączają do nas dorosłe dzieci Agaty Pilitowskiej, a zarazem wnuki Marii Nowotarskiej. Spotykamy się w niedzielę, po trzecim spektaklu, by zebrać dekoracje i kostiumy. Usuwamy obecność polskiego teatru w wynajętej kanadyjskiej sali. Pani Maria jest we wspaniałej kondycji – uśmiechnięta, życzliwa i piękna. Agata, nieodrodna córka swojej mamy, jest równie piękna i  życzliwa, z darem czaru. Obie lubią sympatyczną adorację, komplementy i kwietne bukiety. Tacy wszyscy aktorzy jesteśmy. Cieszą nas miłe słowa i kwiaty. Czułam jak i mnie dotyka ten szczególny zapach kulis i popremierowej atmosfery.



Zbiera się spora grupa pomagających. Za chwilę kończą się te dwa dni święta Poezji, Muzyki i Teatru w Toronto. Robi się pusto na scenie. Gaśnie sceniczne światło.


Ale spektakl pozostał z nami. Rozmawiamy o nim ze Zbyszkiem długo, w pociągu jadącym w stronę USA. Poczuliśmy się mocniejsi, widząc jak inni podobnie jak my walczą o istnienie teatru emigracyjnego. Tworzą społeczność, której nie wystarczy obiad w domu i praca. Szukają innych podobnych im ludzi. Są otwarci na rytmy wiersza, na przygodę teatralną. W niewidocznej przestrzeni ukrywa się ogrom pracy. Godziny, dni i miesiące przygotowań spektaklu.


W Toronto prawie komplety na wszystkich trzech występach, brawa i wzruszenia potwierdziły potrzebę takich spotkań. Ważną rolę jaką teatr odgrywa w życia emigracyjnym. Powtórzę się: teatr buduje poczucie przynależności. To jest patriotyzm mierzony kulturą, sztuką i pięknem. Misję wspierania działań teatralnych poza Polską przez budżet państwa polskiego uważam za słuszny i kluczowy. Oby ta pomoc dla naszych teatrów płynęła stałym, przewidywalnym strumieniem. Viva arte!


Tydzień później znalazłam się na kursie “Fake news - jak rozpoznać fałsz w mediach i jak się przed tym bronić” zorganizowanym przez konsulat w Los Angeles w ramach przedsięwzięć polonijnych Departamentu Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą. Były to dwa intensywne dni, spędzone w gronie fantastycznych ludzi: specjalistów od wizerunku i mediów społecznościowych, działaczy polonijnych, dziennikarzy, artystów. 


Poczułam się trochę jak na studiach, na ostatnim roku. Wolna, bez zgryzot dnia powszedniego i otwarta na świat. Dzień był wypełniony zajęciami, ale udało się też odbyć kilka wycieczek późnym wieczorem. Między innymi zobaczyłam wreszcie koniec drogi 66, moje dawne marzenie. Uczucie radosnej beztroski pozostało ze mną przez cały kolejny tydzień. Postanowiłam więcej wyjeżdżać, częściej wybierać się w nowe miejsca, być bardziej otywartą na niespodziewane… I tego nam wszystkim życzę. Do zobaczenia w drodze. 

 

Iza Laskowska – aktorka i autorka tekstów o teatrze oraz życiu artystycznym polskiej diaspory. Od wielu lat związana z działalnością kulturalną Polonii w Stanach Zjednoczonych.
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Izy i Zbyszka Laskowskich

 


 Iza Laskowska


Od 1991 roku mieszka w Stanach Zjednoczonych, gdzie od początku aktywnie angażuje się w działalność na rzecz środowiska polonijnego.

 

Od 2014 roku pełni funkcję Dyrektora Polskiego Instytutu Teatralnego (PTI), rozwijając jego działalność poprzez organizację wydarzeń teatralnych, warsztatów artystycznych oraz projektów edukacyjnych, promujących polską kulturę za granicą.

Comments


STAY CONNECTED

  • Facebook
  • YouTube

NEW YORK CITY

POLISH THEATRE INSTITUTE IN THE USA,INC.| NON-PROFIT ORGANIZATION 501(C)(3)
©2024 POLISH THEATRE INSTITUTE IN THE USA

bottom of page