top of page

Pachną lipy

Marek Łoś, Linia J, Williamsburg, Brooklyn, akryl na płótnie, 1999

Marek Łoś, Linia J, Williamsburg, Brooklyn, akryl na płótnie, 1999



Pociąg do Nowego Yorku. Miłość do subwayu.

 

Ten pociąg ma swoje imię: A Train. A Train prowadzi z lotniska JFK prosto w serce Manhattanu: 34 Ulica/Penn Station, 42-ta/Times Square, 59-ta/ Columbus Circle. Podziemne tory rozgałęziają się w górę, w dół, w lewo i w prawo. Gdy siadam z walizką obserwując współpasażerów, wracam do tej siebie, dla której A Train przez lata był drogą do pracy. Przyjemność z patrzenia na podróżujących, zachwyt nad różnorodnością twarzy i ubrań, łączy mnie tamtą z kiedyś, z tą z dzisiaj.

 

W subwayu jest cały świat: biedny, bogaty, młody, stary i w średnim wieku (jestem wdzięczna, że to pojęcie tyle w sobie mieści). Na chwilę wstałam, by spojrzeć na mapę, potknęłam się, ktoś mnie złapał za rękę, ktoś zatrzymał walizkę, która na kółeczkach pędziła ku wyjściu. Twarze białe, oliwkowe, brązowe i czarne. Włosy proste, kręcone, długie, krótkie, jasne, ciemne i multi-kolorowe. Tenisówki, klapki, eleganckie mokasyny, oxfordy, mieszają się z gołymi stopami o twardych podeszwach i zużytymi butami posklejanymi taśmą. Eleganckie koszule, marynarki w prążki, w kratkę, wyciągnięte podkoszulki, spodnie szerokie i wąskie, szorty, barwne sukienki, podarte kurtki.

 

Subway z łoskotem wpada na stację. Na chwilę znika przyjemny chłód wagonu i wdziera się gorący oddech miasta. Wychodzenie i wchodzenie pasażerów, bezustanny ruch. Ławki w wagonach są żółte i pomarańczowe, światło przyjazne. Spojrzenie można odwzajemnić.

 

Za dwa dolary i 75 centów świat pędzących z łoskotem lokomotyw, klekocących wagonów i dusznych stacji służy przemieszczaniu się. Jest też miejscem zachwytu, zadumy, pochłonięcia czytaną książką, wpatrywania się w komórkę, spania, jedzenia, muzyki, wierszy i prozy. A nad łoskotem kół wybijających rytm jest miasto. Miasto wolno snujących samochodów, biegnących pieszych, podniebnych budynków, imponujących kamienic, równoległych alei, prostopadłych ulic. Nucę Davida Byrne’a:

 

They’re selling vegetables on Broadway

A man is runnin’ for the train

Strollin’ down 42nd street

On our Independence Day…*

 

Zielone linie oznaczone cyframi 4 i 6 pędzą wschodnią stroną Manhattanu. Nade mną Harlem, Metropolitan Museum. Subway wpada na Grand Central. Piękna, monumentalna stacja oddana nowojorczykom do użytku w 1913 r. Wybroniona od zburzenia w latach 60., wspaniale odnowiona w latach 90. Codziennie śledziłam remont, mając nadzieję na dni chwały. A te nadeszły, teraz słońce wlewa się przez wielkie witrażowe okna zostawiając smugi światła na marmurowych ścianach i posadzce. Sklepienie to nieboskłon. Zegar na środku wielkiego holu odmierza czas i jednocześnie wyznacza miejsce spotkań, jest małym centrum zadawanych pytań i otrzymywanych odpowiedzi.

 

Na Grand Central z subwayu wybiega tłum i biegnie do pociągów pędzących na północ, niektóre z nich suną tuż nad rzeką Hudson. Kiedyś byłam w tym tłumie. Biegłam na peron numer 36 lub 42, czasami 112, by późnym popołudniem lub w piątkowy wieczór zdążyć na pociąg Hudson Line. Teraz popatrzyłam na perony z nostalgią, a na Grand Central z podziwem. Wracam na stację subwayu. Tym razem linia czerwona numer numer 1. Pociąg pędzi zachodnią stroną: Upper West Side, Columbia University, Manhattan School of Music, 125 Ulica...

 

Latem na stacjach jest jak w rozgrzanym piekarniku. Lokomotywa wpada pchając przed sobą masy rozgrzanego powietrza. Niespodziewanie mam 6 lat. Jest 5 rano, na peronie ciemno, sunie czarny parowóz ciągnąc za sobą wagony – to pociąg do Ostródy. Kurczowo trzymam w ramionach lalkę, by nie wypadła na tory. Ogarnia mnie dreszcz. Początek wakacji. Osiem godzin później lokomotywa powoli wtacza się na stację. Walizki ciążą, pachną lipy, droga dłuży się w gorącym słońcu. Mijamy kiosk z oranżadą, na butelkach przysiadły muchy. Wraca piosenka Grechuty:

 

Jedzie pociąg, jedzie, wiezie ludzi wiezie

Puszcza dymu szare kłęby

Powiedz mi sąsiedzie, dokąd to Ty jedziesz…**


*David Byrne „Independence Day” (Rei Momo, 1989).

**Marek Grechuta „Jadę pociągiem prawdziwym” (Piosenki dla dzieci i rodziców1991).

 


*


Pociąg do Montauk. O uroku powtarzalności.

 

Long Island Railroad, stan Nowy York. Trzy godziny podróży z Penn Station, pięciominutowa przesiadka na stacji Jamaica Queens. Mijam małe domki w małych ogródkach, a w nich duże samochody. Coraz więcej zieleni, wzdłuż torów kwitną akacje. Jest poniedziałek, Memorial Day. Pociąg jest pusty, dzisiaj raczej wszyscy będą wracać znad oceanu do miasta.

 

Pierwszy, ciepły i słoneczny dzień od tygodnia. Ostatnia stacja to Montauk. Zapach oceanu i zatoki. Gdyby ktoś tworzył tutaj perfumy, to pachniałyby słoną wodą, dziką różą, zwaną też różą pomarszczoną porastającą wejścia na plaże, wilgocią, wodorostami, suszoną rybą i starym drewnem wyrzuconym przez fale. Te perfumy pachniałyby również wspomnieniami.

Jak pachną wspomnienia? Gorzko, słodko, przyjemnie i nieprzyjemnie. Moje z Montauk są przyjemne, chociaż zawsze przyprawione nostalgią. Nostalgią za czymś co nie będąc moje, chwilami stawało się moje.

 

Wracam do zaprzyjaźnionego domu ze starego modrzewiowego drzewa, szarego od wiatrów, soli i słońca. Do domu, z którego widać tylko ocean, gdzie zieleń trawy miesza się z błękitem wody i słychać, jak fale obracają kamieniami. Siedząc na piasku i wpatrując się w fale, zastanawiam się z czego się składam? Na pewno z przeszłości, dlatego tutaj jestem. Z teraźniejszości, znalazło się miejsce i czas by odwiedzić przyjaciół…

 

Jest lato 1990, drewniany szary stół na tarasie i pełno osób wokół niego. Widok na ocean, lipcowy upał, mokre ręczniki suszące się na słońcu. Zapach dzikiej róży.

 

Styczeń 2000. Bardzo zimno. Za oknami migocze w słońcu ocean. Świętujemy Nowy Rok.

 

2010 – nie ma mnie tutaj.

 

2021 – dom coraz starszy, właściciele też. Przydałoby się sprzątanie. Widok ten sam. Trawa przechodzi w ocean (złudzenie, bo dom jest nad urwiskiem).

 

2025 – Memorial Day, cisza, słońce. Dom jeszcze starszy. Właściciele też. Piękne przedmioty mieszają się z kurzem. Czas nadgryzł książki i talerze. Widok ciągle ten sam. W trawie kwitną jaskry. Na brzegu urwiska w niskim drewnianym płocie, który nie zakłóca krajobrazu, jest bramka. Dokąd prowadzi? Ku morzu, które szumi, postukuje kamieniami, miesza się z horyzontem. Czyli dokąd?

 

W czas, w którym odnajduję to, co zostawiam. To samo miejsce, z tym samym widokiem, zapachem, dotykiem chropowatego coraz bardziej nadszarpniętego latami drewnianego stołu. Na nim za każdym razem stawiam ten sam imbryk do herbaty z zielono-żółtej majoliki i dwa lekko poszczerbione kubeczki z wzorami z odległych lat. Uczucie zadziwienia. Czy ten imbryk wie, że czekam na moment, by za pomocą paru zatrzymanych w czasie gestów sięgnąć do kredensu, zaparzyć herbatę, postawić go na stole i wpatrywać się w ten sam obraz: czajniczek do herbaty, dwa kubki i trawa przechodząca w ocean.  Czy czeka na mnie, by pomóc mi odnaleźć samą siebie w podróży przez lata?

 


 

*


Pociąg do Alei Lipowej

 

 Warszawa, początek lipca, 7:30 rano, jeszcze pusto. Biegnę do pracy. Będę chwilę spóźniona. Nie rezygnuję z ulic Warszawy, gdy kwitną lipy. Powiślański park i sąsiednie ulice, które mijam w porannym słońcu, pachną słodko i mdląco. Ulica Czerwonego Krzyża w lipach, Nowogrodzka w lipach, Marszałkowska w lipach, na podwórku Wilczej rozłożysta lipa. Chodniki wokół oblepione są jasno żółtymi kwiatkami. Brzęczą pszczoły. Miód lipowy niesie obietnicę lata.

 

Jest też inny lipiec. Zamość, gęsta aleja lipowa daje cień i ciągnie się wzdłuż murów dziewiętnastowiecznego szpitala, skręcając ku cmentarzowi. A dalej prowadzi na podwieczorek. Podwieczorek kruchych babeczek z konfiturą z malin i czarnej herbaty podawanej w przepuszczających popołudniowe światło filiżankach. Jest to czas prababci, babci i cioci, i mnie siedmioletniej. Cioci nazwisko zawiera w sobie coś z chrząszcza i Szczebrzeszyna. Jest nie do wymówienia, jeżeli nie opanowało się tego trudnego połączenia „szcz”, „chrz” i „brz”.  

 

Ale jest też inny czas i inne miejsce, gdy nucę:

 

Kto to pędzi tak przez miasto,

Komu w tych ulicach ciasno?

Biegnę gryząc pomarańczę,

Ziemia pod nogami tańczy…

Przejmująco pachną lipy… *

 

Piszę w pociągu, patrząc na mijany krajobraz. Wisła znowu zalśniła. Czasy i miejsca nałożyły się na siebie gęstą siatką połączeń. Tym razem mam 10 lat. W nieco zapuszczonym czerwcowym ogrodzie otwieram podręcznik do języka polskiego. Na jutro wiersz na pamięć. Nade mną wielkie słodko pachnące drzewo, które pamięta jeszcze inny ogród i wiersze czytane w innym języku. Dobiega stamtąd nieustanne brzęczenie. Zapach rozleniwia, myśli plączą się, próbuję zapamiętać:

 

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie!

Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,

Chodź się najwysszej wzbije, a proste promienie

Ściągną pod swoje drzewa roztrzelane cienie…**

 

Już za parę dni wakacje.

 

* Tadeusz Woźniak, „Smak i zapach pomarańczy” (debiutancki, solowy album „Tadeusz Woźniak”, 1972).

** Jan Kochanowski, fraszka „Na lipę”.


*


Nowy York, sobota rano, maj 2025.

 

Niespodziewanie dla siebie znalazłam się na dole miasta w East Village. Biegnę 8. Ulicą zwaną St. Mark’s Place w kierunku Pierwszej Avenue. Mijam Porto Rico Coffee Company, zapach kawy unosi się w powietrzu. W sklepie w beczkach leżą ziarna przeróżnych gatunków kaw, od jasnych brązów do głębokiej czerni. W słojach bogactwo liści czarnych herbat. Ktoś kupuje kawę w papierowym kubku i siada na ławeczce przed sklepem. Jest sobota rano, nie słychać klaksonów, sunących samochodów. Miasto jeszcze nie jest obudzone.

 

Która ja biegnę? Czy ta z 1990? Do pracy w duszny majowy poranek, w mdlącym powietrzu przepełnionym wonią śmieci jeszcze niesprzątniętych po nocy, ze skórzaną teczką kupioną za 10 dolarów na tej samej ulicy? Czy ja z 2000?  Śmieci mniej, czyściej, bardziej świeżo – a ja ciągle do pracy, tym razem w zamyśleniu. Ja z 2015, już turystka w mieście, które kiedyś uważałam za swoje? O tej mnie z dzisiaj przypomina mi dłoń, którą trzymam. Dłoń córki, która przemierza ulice wraz ze mną w poszukiwaniu swojego miejsca i swojego przeznaczenia.




Agnieszka Leźnicka-Łoś - psychoanalityczka, prowadzi prywatną praktykę w Warszawie i seminaria z zakresu psychoanalizy. Na co dzień mieszkanka warszawskiego Powiśla, kiedyś także Nowo-Jorczanka.

2 Comments


tadblichowski
6 minutes ago

Wlasnie zona pilkarza Lewandowskiego oswiadczyla ze po zakonczeniu kariery sportowej osiada na stale w "swoim domu" w Barcelonie. Dlaczego zdala od Poloni? Tadeusz B.

Like

Renata Towlson
Renata Towlson
an hour ago

Lubię pisanie Agnieszki. Obrazkami, punktowo, zoom in, zoom out, zbliżenia, oddalenia, poezja, przemyślenia, nieustanna refleksja.

Like

STAY CONNECTED

  • Facebook
  • Youtube
  • LinkedIn

NEW YORK CITY

POLISH THEATRE INSTITUTE IN THE USA,INC.| NON-PROFIT ORGANIZATION 501(C)(3)
©2024 POLISH THEATRE INSTITUTE IN THE USA

bottom of page