Pachną lipy
- Agnieszka Leźnicka-Łoś

- 2 hours ago
- 6 min read

Marek Łoś, Linia J, Williamsburg, Brooklyn, akryl na płótnie, 1999
Pociąg do Nowego Yorku. Miłość do subwayu.
Ten pociąg ma swoje imię: A Train. A Train prowadzi z lotniska JFK prosto w serce Manhattanu: 34 Ulica/Penn Station, 42-ta/Times Square, 59-ta/ Columbus Circle. Podziemne tory rozgałęziają się w górę, w dół, w lewo i w prawo. Gdy siadam z walizką obserwując współpasażerów, wracam do tej siebie, dla której A Train przez lata był drogą do pracy. Przyjemność z patrzenia na podróżujących, zachwyt nad różnorodnością twarzy i ubrań, łączy mnie tamtą z kiedyś, z tą z dzisiaj.
W subwayu jest cały świat: biedny, bogaty, młody, stary i w średnim wieku (jestem wdzięczna, że to pojęcie tyle w sobie mieści). Na chwilę wstałam, by spojrzeć na mapę, potknęłam się, ktoś mnie złapał za rękę, ktoś zatrzymał walizkę, która na kółeczkach pędziła ku wyjściu. Twarze białe, oliwkowe, brązowe i czarne. Włosy proste, kręcone, długie, krótkie, jasne, ciemne i multi-kolorowe. Tenisówki, klapki, eleganckie mokasyny, oxfordy, mieszają się z gołymi stopami o twardych podeszwach i zużytymi butami posklejanymi taśmą. Eleganckie koszule, marynarki w prążki, w kratkę, wyciągnięte podkoszulki, spodnie szerokie i wąskie, szorty, barwne sukienki, podarte kurtki.
Subway z łoskotem wpada na stację. Na chwilę znika przyjemny chłód wagonu i wdziera się gorący oddech miasta. Wychodzenie i wchodzenie pasażerów, bezustanny ruch. Ławki w wagonach są żółte i pomarańczowe, światło przyjazne. Spojrzenie można odwzajemnić.
Za dwa dolary i 75 centów świat pędzących z łoskotem lokomotyw, klekocących wagonów i dusznych stacji służy przemieszczaniu się. Jest też miejscem zachwytu, zadumy, pochłonięcia czytaną książką, wpatrywania się w komórkę, spania, jedzenia, muzyki, wierszy i prozy. A nad łoskotem kół wybijających rytm jest miasto. Miasto wolno snujących samochodów, biegnących pieszych, podniebnych budynków, imponujących kamienic, równoległych alei, prostopadłych ulic. Nucę Davida Byrne’a:
They’re selling vegetables on Broadway
A man is runnin’ for the train
Strollin’ down 42nd street
On our Independence Day…*
Zielone linie oznaczone cyframi 4 i 6 pędzą wschodnią stroną Manhattanu. Nade mną Harlem, Metropolitan Museum. Subway wpada na Grand Central. Piękna, monumentalna stacja oddana nowojorczykom do użytku w 1913 r. Wybroniona od zburzenia w latach 60., wspaniale odnowiona w latach 90. Codziennie śledziłam remont, mając nadzieję na dni chwały. A te nadeszły, teraz słońce wlewa się przez wielkie witrażowe okna zostawiając smugi światła na marmurowych ścianach i posadzce. Sklepienie to nieboskłon. Zegar na środku wielkiego holu odmierza czas i jednocześnie wyznacza miejsce spotkań, jest małym centrum zadawanych pytań i otrzymywanych odpowiedzi.
Na Grand Central z subwayu wybiega tłum i biegnie do pociągów pędzących na północ, niektóre z nich suną tuż nad rzeką Hudson. Kiedyś byłam w tym tłumie. Biegłam na peron numer 36 lub 42, czasami 112, by późnym popołudniem lub w piątkowy wieczór zdążyć na pociąg Hudson Line. Teraz popatrzyłam na perony z nostalgią, a na Grand Central z podziwem. Wracam na stację subwayu. Tym razem linia czerwona numer numer 1. Pociąg pędzi zachodnią stroną: Upper West Side, Columbia University, Manhattan School of Music, 125 Ulica...
Latem na stacjach jest jak w rozgrzanym piekarniku. Lokomotywa wpada pchając przed sobą masy rozgrzanego powietrza. Niespodziewanie mam 6 lat. Jest 5 rano, na peronie ciemno, sunie czarny parowóz ciągnąc za sobą wagony – to pociąg do Ostródy. Kurczowo trzymam w ramionach lalkę, by nie wypadła na tory. Ogarnia mnie dreszcz. Początek wakacji. Osiem godzin później lokomotywa powoli wtacza się na stację. Walizki ciążą, pachną lipy, droga dłuży się w gorącym słońcu. Mijamy kiosk z oranżadą, na butelkach przysiadły muchy. Wraca piosenka Grechuty:
Jedzie pociąg, jedzie, wiezie ludzi wiezie
Puszcza dymu szare kłęby
Powiedz mi sąsiedzie, dokąd to Ty jedziesz…**
*David Byrne „Independence Day” (Rei Momo, 1989).
**Marek Grechuta „Jadę pociągiem prawdziwym” (Piosenki dla dzieci i rodziców1991).
*
Pociąg do Montauk. O uroku powtarzalności.
Long Island Railroad, stan Nowy York. Trzy godziny podróży z Penn Station, pięciominutowa przesiadka na stacji Jamaica Queens. Mijam małe domki w małych ogródkach, a w nich duże samochody. Coraz więcej zieleni, wzdłuż torów kwitną akacje. Jest poniedziałek, Memorial Day. Pociąg jest pusty, dzisiaj raczej wszyscy będą wracać znad oceanu do miasta.
Pierwszy, ciepły i słoneczny dzień od tygodnia. Ostatnia stacja to Montauk. Zapach oceanu i zatoki. Gdyby ktoś tworzył tutaj perfumy, to pachniałyby słoną wodą, dziką różą, zwaną też różą pomarszczoną porastającą wejścia na plaże, wilgocią, wodorostami, suszoną rybą i starym drewnem wyrzuconym przez fale. Te perfumy pachniałyby również wspomnieniami.
Jak pachną wspomnienia? Gorzko, słodko, przyjemnie i nieprzyjemnie. Moje z Montauk są przyjemne, chociaż zawsze przyprawione nostalgią. Nostalgią za czymś co nie będąc moje, chwilami stawało się moje.
Wracam do zaprzyjaźnionego domu ze starego modrzewiowego drzewa, szarego od wiatrów, soli i słońca. Do domu, z którego widać tylko ocean, gdzie zieleń trawy miesza się z błękitem wody i słychać, jak fale obracają kamieniami. Siedząc na piasku i wpatrując się w fale, zastanawiam się z czego się składam? Na pewno z przeszłości, dlatego tutaj jestem. Z teraźniejszości, znalazło się miejsce i czas by odwiedzić przyjaciół…
Jest lato 1990, drewniany szary stół na tarasie i pełno osób wokół niego. Widok na ocean, lipcowy upał, mokre ręczniki suszące się na słońcu. Zapach dzikiej róży.
Styczeń 2000. Bardzo zimno. Za oknami migocze w słońcu ocean. Świętujemy Nowy Rok.
2010 – nie ma mnie tutaj.
2021 – dom coraz starszy, właściciele też. Przydałoby się sprzątanie. Widok ten sam. Trawa przechodzi w ocean (złudzenie, bo dom jest nad urwiskiem).
2025 – Memorial Day, cisza, słońce. Dom jeszcze starszy. Właściciele też. Piękne przedmioty mieszają się z kurzem. Czas nadgryzł książki i talerze. Widok ciągle ten sam. W trawie kwitną jaskry. Na brzegu urwiska w niskim drewnianym płocie, który nie zakłóca krajobrazu, jest bramka. Dokąd prowadzi? Ku morzu, które szumi, postukuje kamieniami, miesza się z horyzontem. Czyli dokąd?
W czas, w którym odnajduję to, co zostawiam. To samo miejsce, z tym samym widokiem, zapachem, dotykiem chropowatego coraz bardziej nadszarpniętego latami drewnianego stołu. Na nim za każdym razem stawiam ten sam imbryk do herbaty z zielono-żółtej majoliki i dwa lekko poszczerbione kubeczki z wzorami z odległych lat. Uczucie zadziwienia. Czy ten imbryk wie, że czekam na moment, by za pomocą paru zatrzymanych w czasie gestów sięgnąć do kredensu, zaparzyć herbatę, postawić go na stole i wpatrywać się w ten sam obraz: czajniczek do herbaty, dwa kubki i trawa przechodząca w ocean. Czy czeka na mnie, by pomóc mi odnaleźć samą siebie w podróży przez lata?
*
Pociąg do Alei Lipowej
Warszawa, początek lipca, 7:30 rano, jeszcze pusto. Biegnę do pracy. Będę chwilę spóźniona. Nie rezygnuję z ulic Warszawy, gdy kwitną lipy. Powiślański park i sąsiednie ulice, które mijam w porannym słońcu, pachną słodko i mdląco. Ulica Czerwonego Krzyża w lipach, Nowogrodzka w lipach, Marszałkowska w lipach, na podwórku Wilczej rozłożysta lipa. Chodniki wokół oblepione są jasno żółtymi kwiatkami. Brzęczą pszczoły. Miód lipowy niesie obietnicę lata.
Jest też inny lipiec. Zamość, gęsta aleja lipowa daje cień i ciągnie się wzdłuż murów dziewiętnastowiecznego szpitala, skręcając ku cmentarzowi. A dalej prowadzi na podwieczorek. Podwieczorek kruchych babeczek z konfiturą z malin i czarnej herbaty podawanej w przepuszczających popołudniowe światło filiżankach. Jest to czas prababci, babci i cioci, i mnie siedmioletniej. Cioci nazwisko zawiera w sobie coś z chrząszcza i Szczebrzeszyna. Jest nie do wymówienia, jeżeli nie opanowało się tego trudnego połączenia „szcz”, „chrz” i „brz”.
Ale jest też inny czas i inne miejsce, gdy nucę:
Kto to pędzi tak przez miasto,
Komu w tych ulicach ciasno?
Biegnę gryząc pomarańczę,
Ziemia pod nogami tańczy…
…
Przejmująco pachną lipy… *
Piszę w pociągu, patrząc na mijany krajobraz. Wisła znowu zalśniła. Czasy i miejsca nałożyły się na siebie gęstą siatką połączeń. Tym razem mam 10 lat. W nieco zapuszczonym czerwcowym ogrodzie otwieram podręcznik do języka polskiego. Na jutro wiersz na pamięć. Nade mną wielkie słodko pachnące drzewo, które pamięta jeszcze inny ogród i wiersze czytane w innym języku. Dobiega stamtąd nieustanne brzęczenie. Zapach rozleniwia, myśli plączą się, próbuję zapamiętać:
Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Chodź się najwysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa roztrzelane cienie…**
Już za parę dni wakacje.
* Tadeusz Woźniak, „Smak i zapach pomarańczy” (debiutancki, solowy album „Tadeusz Woźniak”, 1972).
** Jan Kochanowski, fraszka „Na lipę”.
*
Nowy York, sobota rano, maj 2025.
Niespodziewanie dla siebie znalazłam się na dole miasta w East Village. Biegnę 8. Ulicą zwaną St. Mark’s Place w kierunku Pierwszej Avenue. Mijam Porto Rico Coffee Company, zapach kawy unosi się w powietrzu. W sklepie w beczkach leżą ziarna przeróżnych gatunków kaw, od jasnych brązów do głębokiej czerni. W słojach bogactwo liści czarnych herbat. Ktoś kupuje kawę w papierowym kubku i siada na ławeczce przed sklepem. Jest sobota rano, nie słychać klaksonów, sunących samochodów. Miasto jeszcze nie jest obudzone.
Która ja biegnę? Czy ta z 1990? Do pracy w duszny majowy poranek, w mdlącym powietrzu przepełnionym wonią śmieci jeszcze niesprzątniętych po nocy, ze skórzaną teczką kupioną za 10 dolarów na tej samej ulicy? Czy ja z 2000? Śmieci mniej, czyściej, bardziej świeżo – a ja ciągle do pracy, tym razem w zamyśleniu. Ja z 2015, już turystka w mieście, które kiedyś uważałam za swoje? O tej mnie z dzisiaj przypomina mi dłoń, którą trzymam. Dłoń córki, która przemierza ulice wraz ze mną w poszukiwaniu swojego miejsca i swojego przeznaczenia.

Agnieszka Leźnicka-Łoś - psychoanalityczka, prowadzi prywatną praktykę w Warszawie i seminaria z zakresu psychoanalizy. Na co dzień mieszkanka warszawskiego Powiśla, kiedyś także Nowo-Jorczanka.




Wlasnie zona pilkarza Lewandowskiego oswiadczyla ze po zakonczeniu kariery sportowej osiada na stale w "swoim domu" w Barcelonie. Dlaczego zdala od Poloni? Tadeusz B.
Lubię pisanie Agnieszki. Obrazkami, punktowo, zoom in, zoom out, zbliżenia, oddalenia, poezja, przemyślenia, nieustanna refleksja.