Na krańcu świata

Bóg stworzył Labrador w ciągu sześciu dni, a siódmego dnia obrzucił go kamieniami. Przysłowie labradorskie
Stoję na krawędzi urwiska i śledzę tumany mgły pędzone wiatrem. Pode mną zatoka rozkołysana zielonymi falami wcina się głęboko w masyw północnego Labradoru. Dalej wznosi się amfiteatr skalnych igieł i ostrych grani wypolerowanych przez najeżone kamieniami brzuchy lodowców, które kiedyś przewaliły się przez te góry wygładzając urwiska, wydłubując michy skalne wypełnione stawami i wycinając kaniony huczące wodospadami. Szczyty koloru popiołu wyrastające prosto z morza przypominają dolną szczękę gigantycznego rekina usiłującego wygryźć dziurę w wysokim niebie. To Eclipse Harbour, Zatoka Zaćmienia, jedno z najdzikszych i najtrudniej dostępnych miejsc na północno-wschodnim wybrzeżu Kanady, omiatanym lodowatym oddechem pobliskiej Ziemi Baffina.
Wiele lat temu geolog Desmond Holdridge opisał tę krainę jako groźną, a zarazem magiczną:
[R]ozciągające się jak okiem sięgnąć niezliczone szczyty wydają się częścią znakomicie ilustrowanej książki o duchach i zjawiskach nadprzyrodzonych... Można się tu spodziewać zamków zamieszkanych przez potwory i inne przerażające postacie. Lecz niekończące się szczyty, strome urwiska i brak jakichkolwiek przełęczy przypominają, że bez siedmiomilowych butów nie masz tu żadnej szansy...
Dawniej Eskimosi bez pomocy magicznych butów łowili tu ryby, ścigali wieloryby i foki, i polowali wśród skalnych bastionów na polarne niedźwiedzie, wilki, karibu24, lisy i zające. Przybywali tu w skórzanych kajakach latem, gdy tylko lód skuwający Morze Labradorskie wycofywał się rakiem na północ. Ta zatoka i okoliczne fiordy ofiarowały schronienie przed wichurami, które zrywały się znienacka i waliły w twarz jak potężna pięść, ale to schronienie było kupione za cenę ogromnego strachu. Eskimoska nazwa tych gór: Torngait, obecnie znanych jako Torngat, oznaczała miejsce zamieszkane przez złowrogie duchy, więc pobyt tutaj po prostu przerażał.

Eskimosi Labradoru wierzą, że najpotężniejszy z duchów tych gór, Torngarsoak, przybiera dowolnie różne formy. Może pojawić się jako ogromny niedźwiedź polarny lub jako jednoręki mężczyzna, a może się także stać niewidoczny albo co gorsza ukazać się w kształcie potwora pokrytego gałkami ocznymi. Torngarsoak rządzi sprawami morza i życiem zwierząt morskich, do których należą foki, delfiny i wieloryby, i okrutnie rozprawia się z tymi, którzy ośmielają się nawiedzać te strony i polować na jego poddanych.
Urodzona i wychowana w Warszawie, niewiele wiem o eskimoskich duchach, ale potęga tych gór, ich odosobnienie i wściekłe zmiany arktycznej pogody budzą mój ogromny szacunek. Tu nie ma miejsca na wiele pomyłek, bo najbliższa pomoc znajduje się kilkaset kilometrów na południe bez żadnej możliwości nawiązania kontaktu. W dodatku śpiąca w nosidełkach na moich plecach córeczka budzi się i zaczyna pociągać płaczliwie noskiem, przypominając mi jak względne jest nasze poczucie bezpieczeństwa.
Tara miała trudny poranek: obudzona za wcześnie słońcem, które w czerwcu zachodzi tu na bardzo krótko, wierciła się w swoim puchowym śpiworku starając się z niego wydobyć mimo agrafek, którymi zwęziłam otwór, aby uniemożliwić jej wypełzanie w nocy z namiotu. Takie wycieczki mogą się źle skończyć, bowiem biwakujemy niedaleko szlaku często wybieranego przez niedźwiedzie polarne. W sąsiednim namiocie rezyduje nasz "hired gun", Dave Brown, doświadczony labradorski myśliwy uzbrojony po zęby, ale nawet on musi czasem pospać. Naturalnie nylonowy namiot nikogo jeszcze nie obronił przed żadnym niedźwiedziem, ale widok łażącej samotnie po tundrze ludzkiej kruszyny może zwabić drapieżniki nawet z daleka.
Po śniadaniu Tara próbowała spać na moich plecach, podczas gdy wspinałam się po stromym stoku góry zamykającej widok od wschodu. Ale kiedy zapadłam się w zaśnieżoną szczelinę między głazami i utknęłam ze stopami wiszącymi w próżni, obudzona nagle córeczka wybuchnęła płaczem. Dave ruszył nam z pomocą i po kilku minutach kopania w ziarnistym letnim śniegu byłyśmy oswobodzone, ale mała była niepocieszona. Za dużo wrażeń i zmęczenia, za mało snu.
Jest rok 1981 i jest nas tu pięcioro. Dave, nasz "bodyguard" z krótką siwiejącą czupryną i wąsami, polecony nam przez jego krewniaków jako „facet, z którym można łatwo wytrzymać". Mój mąż, John Eastcott, wysoki Nowozelandczyk, ciągle na nowo zaskoczony faktem, że jako rodzice musimy dużo więcej planować. Ciemnooka córeczka Tara, która niedługo skończy dwa lata i od urodzenia wędruje z nami po świecie. Pawla Arnet, 16-letnia córka czeskich taterników, która ma zająć się Tarą i zasmakować legendarnej Północy. No i ja, zdumiona, że udało nam się tu jednak zabrnąć.
Przygotowujemy materiały do nowej książki zatytułowanej „Dzikie Ziemie Kanady" dla wydawnictwa National Geographic. Pierwotny plan redaktorów sugerował wyprawę w Mealy Mountains, ale ten pomysł mógł się wylegnąć tylko w entuzjastycznych głowach ludzi, którzy nigdy nie próbowali przedzierać się latem przez bagna pełne rozsierdzonych komarów i świerkowe lasy centralnego Labradoru. Traf chciał, że nasz przyjaciel astronom miał czasopismo „Niebo i Teleskop" i pokazał nam ryciny artysty, który w 1860 roku wybrał się z grupą naukowców do północnego Labradoru, aby obserwować zaćmienie słońca. Stąd nazwa: Zatoka Zaćmienia. Ryciny ukazywały kontury gór tak stromych, spowitych mgłą, niedostępnych i pustych, że natychmiast zdecydowaliśmy: jedziemy tam.
Wychowani w miastach, ja – w stolicy Polski, John – w Wellington, jesteśmy od dzieciństwa zakochani w krainach często skutych lodem i trudno dostępnych. Mnie zafascynowały książki „Biały Kieł", „Zew krwi", sprawozdania Centkiewiczów ze Spitsbergenu i tomy o wyprawach do Patagonii, na Grenlandię, w Himalaje i na oba bieguny.

Wkrótce po naszym spotkaniu w Wyoming w 1975 roku John i ja ruszyliśmy na północ do Kanady i spędziliśmy lato na Wielkim Jeziorze Niewolników z Indianami ze szczepu Dogrib, czyli Psiego Żebra. Jezioro było ogromne jak morze i obrzeżone świerkową tajgą. W ciągu dnia pomagaliśmy wyciągać sieci wyładowane smakowitymi "whitefish", a wieczorami jedliśmy pieczeń z łosia, kotlety ze szczura piżmaka i walczyliśmy z czarnymi muszkami o zawziętości tygrysów, których ugryzienia wycelowane w powieki zaklejały nam oczy bolesną opuchlizną. Tak powstał nasz pierwszy wspólny artykuł, "Great Slave Lake Blues", dla kanadyjskiego dwujęzycznego czasopisma „North/Nord", ilustrowany naszymi zdjęciami i wystukany na polskiej maszynie do pisania.
Potem były inne wyprawy. Parliśmy uparcie na Północ w czasach, kiedy podróże w rejony arktyczne były albo niemożliwe, albo bardzo kosztowne i często zarabialiśmy na nasze przeloty wyładowując paliwo samolotowe chlupoczące w ogromnych dwustulitrowych stalowych bębnach. Czekaliśmy tygodniami za chatkami kanadyjskich pilotów warując obok sterty spakowanych namiotów, pudeł z jedzeniem i aparatów fotograficznych przykrytych plandeką, i czyhając na okazję ucieczki w krainę północnego słońca. W lecie 1979 roku urodziła się nam córeczka i wskoczyła prosto w nasze koczownicze, niespokojne życie.
A teraz jesteśmy znowu w północnej Kanadzie. W czasie lotu z małego miasteczka Deer Lake w Nowej Fundlandii do jeszcze mniejszego, zwanego Goose Bay, już na Labradorze, jeden z pasażerów, stary Indianin, przerażony drżeniem i susami małego samolotu kopanego wichurą, zaczął skandować modlitwy do duchów opiekuńczych i klaskać w dłonie, po czym padł na podłogę być może, aby dodać wagi swoim modłom.
Z rozpalonej żarem wczesnego lata i pełnej żarłocznych komarów Goose Bay polecieliśmy do Nain, najbardziej na północ wysuniętej eskimoskiej wioski założonej przez morawskich misjonarzy w 1771 roku. Tam temperatura spadła do zera i spędziliśmy tydzień pod dachem miejscowej rodziny, przeczekując opady mokrego śniegu i przejmujące zimno. Dzieciaki gospodarzy rankami taplały się z Tarą w blaszanej wanience. Ich ojciec, John Terriak, rzeźbił skomplikowane postacie fok i myśliwych z potężnych kłów morsa, którego resztki leżały na ganku służąc jako jadło dla psów husky, oraz słuchał wiadomości BBC płynących z zakurzonego radyjka podpartego czaszką lisa.
Jego żona Johanna haftowała kapcie z łosiowej skóry dla odwiedzających Nain pielęgniarek kanadyjskiej służby zdrowia i pilnowała, aby ani jej synkowie, ani Tara nigdy nie wybiegali sami z domu. Dawno temu jej młodsza siostra została zagryziona przez głodną bandę husky włóczącą się po osiedlu. Johanna do dziś pamięta małe zakrwawione butki, które rodzice płacząc przynieśli do domu.
W Nain pożegnaliśmy się z ostatnimi drzewami i polecieliśmy dalej na północ z grupą robotników Petro Canada do zatoki Saglek, spartańskiej bazy i centrum eksploracji ropy naftowej w wodach arktycznych. Tam przeczekaliśmy kolejne dni nawałnic obserwując karibu na pasie startowym i czytając pamiętnik młodego pilota bombowca B-26, który lecąc z Grenlandii do Goose Bay 10 grudnia 1942 roku zgubił się we mgle i zmuszony pustym bakiem do przymusowego lądowania rozbił samolot u podnóża pobliskiego urwiska na długo przed zbudowaniem tu bazy. W poranek wigilijny zanotował:
Trzech członków załogi wyruszyło wczoraj na południe w poszukiwaniu pomocy, brnąc w śniegu i zabierając większość naszych mizernych zapasów. Nagle zrobiło się tu bardzo samotnie, została tylko nasza czwórka skulona pod kocami w popękanym kadłubie samolotu. Staramy się jeść maleńkie porcje, aby wystarczyły na cały dzień wigilijny. Puszeczka śledzi do podziału oraz po dwa sucharki na głowę. Dla każdego łyżeczka pasty z orzeszków ziemnych, czarny cukierek od kaszlu i mały karmelek oraz kawa przelewana wiele razy przez te same fusy. Zdumiewa nas, ile odżywczej treści można wycisnąć z jednego małego karmelka, ale czekamy na niego codziennie z niecierpliwością.
Ostatnia notatka nosi datę 3 lutego 1943 roku:
Zachmurzone niebo, ale wiatr nagle ucichł. Każdego dnia nie możemy sobie nawet wyobrazić, jak przeżyjemy następne 24 godziny, ale nadal jakoś trwamy. Dzisiaj zmarł Waywrench po kilku dniach szaleństwa. Golm jest bardzo chory i już nie wstaje. Nolan ma spuchnięte dłonie i stopy. Jesteśmy bardzo słabi, ale może wytrzymamy jeszcze kilka dni. Może być dużo gorzej.
Autor pamiętnika i jego towarzysze zmarli z głodu i zimna po blisko dwóch miesiącach od momentu kraksy, do końca czekając na pomoc, która nigdy nie nadeszła. Ich zwłoki znaleźli Eskimosi podążający na letnie łowy do pobliskich już Torngatów.

Z bazy w Saglek potężny helikopter o podwójnym śmigle marki Sikorsky przerzucił nas ponad ostrymi krawędziami gór i dotarł do Zatoki Zaćmienia, gdzie widok cudownej tundry, dzikiego morza i skalistych szczytów obramowanych śniegiem odebrał nam dech. Wyładowaliśmy nasze plecaki i pudła, pilot John Andrews obiecał wrócić po nas zanim rozpoczną się na dobre jesienne burze, zahuczał silnik, i srebrny ptak kompanii Sealand Helicopters zniknął za zębami rekina na horyzoncie.
Biwakujemy na brzegu zatoki. Kraina jest wspaniała, rozległa i pocięta rzekami, z ogromnym niebem rozpiętym jak parasol między szczytami Torngatów. Nie ma tu drzew, tylko krzaczki karłowatych wierzb i brzóz przytulonych do kamienistej ziemi. Potoki wezbrane topniejącym śniegiem gulgoczą towarzysko. Maleńkie różowe i białe kwiatki zwiastują zawiązujące się owoce tundry: borówki, czarne jagody i moroszki czyli cloudberries (jagody chmur). Roślinność przygięta wichurami i straszliwym mrozem zimy obejmuje skalistą glebę i krzaczki jagód mierzą zaledwie kilka centymetrów. Ale liście karłowatych wierzb są miękkie i puszyste, brzózki wielkości sporych roślin doniczkowych są okryte masą liści, a głosy tysięcy ptaków przybywających z południa przypominają, że przyroda wybucha tu z nieoczekiwaną siłą, pełnymi garściami czerpiąc energię z przebogatego światła krótkiego polarnego lata.

Nasz obóz stoi na tarasie prastarej plaży, którą niegdyś lizały fale morza. Tysiące lat temu, po stopnieniu masywnych lodowców pokrywających Labrador, nasza plaża znacznie się podniosła, ponieważ masa tej części kontynentu straciła nieco na wadze i północno-wschodnia krawędź Ameryki Północnej wynurzyła się stopniowo z Atlantyku. Podobne tarasy obrośnięte porostami zwanymi „caribou lichen” przecinają stok powyżej naszego obozu. Tu nie ma żadnej osłony przed wiatrem. Aby zmniejszyć prawdopodobieństwo tego, że wichury rozerwą nasze namioty na strzępy, przywiązujemy linki odciągowe do elastycznych pętli, które będą częściowo absorbować uderzenia wiatru. Zamiast lekkich aluminiowych „śledzi", w kamienistą tundrę młotkami wbijamy półmetrowe sztaby żelaza, do których przytwierdzamy nasze pętle, po czym przywalamy tę konstrukcję ogromnymi kamieniami. Mozolnie, odciąg za odciągiem, zaopatrujemy namiocik Pawli, solidny namiot Dave'a i naszą nylonową kopułę.
Rośnie kuchnia: brezentowy namiot rozpięty na drewnianych masztach, które Dave jakimś cudem załadował do helikoptera, z niedowierzaniem spoglądając na nasze małe górskie namioty. W plan podłogi Dave włącza płaskie maliniaki porośnięte mchem: jeden będzie stołem, inne ławami. Do gotowej kuchni wnosimy jedzenie. Kolorowe woreczki i koperty to nasz wkład: biwakowy, górski pokarm, który po dodaniu wody zamienia się w sok albo mleko, w jarzyny lub wieprzowinę z ryżem, albo nawet w lody. Mamy też świeże owoce, głównie dla Tary. Natomiast Dave wyładowuje swoje pudła kartofli, głowy kapusty, cebule, wiązki marchwi i połeć słoniny. Tak podróżują traperzy labradorscy, i on nie ma najmniejszej ochoty umrzeć z głodu licząc na zawartość naszych niemądrych paczuszek. Zamierza też łowić ryby, głównie „char”, wspaniałą rybę Północy. A w razie potrzeby upoluje karibu lub fokę.
Obok mojej butanowej francuskiej maszynki marki Bluette wyrasta jego kuchenka Colemana z trzema palnikami. Dave rzuca mi nieśmiały uśmiech z serii ,,mam nadzieję, że nie jesteś jedną z tych dokuczliwych kobiet, które upierają się przy gotowaniu w obozie zamiast pozostawić to mężczyznom" i zabiera się sprawnie do sporządzania posiłku dla całej piątki. Co za ulga... Spędzimy tu wiele dni, ja nie lubię gotować, i oto on przejmuje pichcenie dla naszej gromadki. On będzie napełniać miseczkę Tary ogromną aluminiową łychą, pilnować naszych dolewek i maszerować do potoku, aby wyszorować naczynia. A ja chętnie przyznaję, że Dave jest istotnie „facetem, z którym można łatwo wytrzymać”.
Wieczorem wdrapujemy się na górę spadającą prosto w ciemną otchłań Morza Labradorskiego i odwracamy twarze do światła jak słoneczniki spragnione ciepła. Wiatr, zły pies, warczy wśród szczytowych skał. W nurcie zimnego Prądu Labradorskiego płynie flotylla fantastycznych lodowych gór, które kilka tygodni temu – miesięcy? lat? – odłamały się od nadbrzeżnych krawędzi ogromnych i bardzo aktywnych lodowców Ziemi Baffina i Grenlandii.
W swoim pochodzie na południe w kierunku Nowej Fundlandii i ewentualnej słonecznej śmierci, góry lodowe będą zagrażać naftowym wieżom wiertniczym Petro Canada, ogromnym statkom oceanicznym (wszyscy pamiętamy katastrofę Titanica) oraz rybackim łodziom i pomostom nadbrzeżnym. Słyszymy, jak stękają i chlupią, gubiąc potężne fragmenty swoich wież, kolumn i gzymsów. Widzimy fontanny i wodospady wytryskujące z ich wnętrza. Ryby ucztują na planktonie przyczepionym do ich dna, wieloryby i foki ścigają ryby kotłujące się za sunącymi górami lodu, a morskie ptaki często odpoczywają na graniach tych lodowych Hiltonów.
Paula notuje w pamiętniku: „Zachód słońca. Góry omotane w strzępki złocistej mgły są pokryte śniegiem i tak swobodne jak zawsze. Nisko pod nami 40 lodowych gór wędruje pod wysokim białym księżycem i błękitno-fiołkowym niebem. To jest niesłychane miejsce..."
Wkrótce warczący wiatr zamienia się w skowyt i zimno zaczyna wdzierać się w najdrobniejsze zakamarki odzieży, uciekamy więc w dolinę tracąc z oczu odległe szczyty i wyspy o niezwykłych, pełnych fantazji nazwach: Góra Zdmuchnij Mnie, Wyspa Białej Skóry Niedźwiedziej, Zatoka Siedmiu Wysepek, Góra Ostrza Brzytwy, Wyspa Przeciętego Gardła. Jest lipiec, najcieplejszy miesiąc roku na półkuli północnej, ale tu średnia temperatura roczna utrzymuje się poniżej zera. Pod wieczór zamarzają kałuże i strumienie. Zachodzące słońce znika na krótko za szczytami, ale pozostawia rozświetlone niebo. Można czytać lub fotografować przez całą noc.
Te cudowne białe noce pozwalają na rekordowe okresy bezsenności, ponieważ nasze ciała szybko dostosowują się do letniej obfitości światła. Wieczorami gonimy gorące, złote kolory tańczące na skałach i stokach podmarzłego śniegu. Urzeczeni tym światłem, często jak Eskimosi wędrujemy przez pół nocy, zanim zmęczenie nie uderzy nas nagle jak wielki młot i zwali z nóg.
Dopóki idziemy, wspinamy się, dźwigamy nasz ciężki ekwipunek fotograficzny i zajmujemy się Tarą, nasze umysły są klarowne i ciekawe wszystkiego. Ale kiedy wreszcie wsuwamy się do zimnych śpiworów i układamy do snu nasze znużone ciała, strach przypełza na miękkich nogach i mąci spokój. W co myśmy wpędzili nasze jeszcze bardzo małe dziecko? Młodziutką Pawlę? I nawet Dave'a, który nigdy przedtem nie opuścił gęstych lasów i cichych zatok południowego Labradoru?
Kolejna noc mija szybko i nerwowo. Jest zbyt jasno i w dodatku za dużo niewidocznych z naszych namiotów niedźwiedzi polarnych wędruje wzdłuż brzegu, aby móc łatwo zasypiać i spać spokojnie. Nie mamy żadnej gwarancji, że nasz obóz na stoku nie stanie się dla nich atrakcyjny. Zrobiliśmy wszystko, czego wymaga biwakowa etykieta tundry. Nasz namiot kuchenny stoi o dobrych 200 metrów od namiotów-sypialni, w których nie ma ani skrawka jedzenia, nawet butelki soku dla Tary. Żadnych przemyconych jabłek, pomarańczy ani czekoladek: wszyscy wiemy, czym to się może skończyć. Więc jeśli ogromny biały miś przyjdzie szukać jedzenia, to powinien skierować się prosto do namiotu kuchennego i tam buszować wśród garnków, patelni, worków i skrzynek stanowiących domenę Dave'a, i Dave zdecyduje jak się pozbyć nieproszonego gościa. Jak zwykle podczas naszych wędrówek jesteśmy uzbrojeni wyłącznie w aparaty fotograficzne. Tylko Dave nie rozstaje się z nabitą fuzją, ale na tym polega jego zadanie: chronić nasze kruche ciała przed drapieżnikami.
Nagle budzi nas odgłos kogoś lub czegoś zbliżającego się do namiotu. Znam dobrze lekkie stąpanie Pawli i długie kroki Dave'a, ale natychmiast wiem, że nie są to kroki człowieka. Myślę: „Nie dam ci mojego dziecka". Jeśli niedźwiedź rozedrze pazurami nasz mały, niebiesko-żółty namiot, wiem, że rzucę się na niego w obronie Tary.
Za chwilę jednak dźwięki nabierają rytmu, przypominają potrącanie napiętych grubych strun: klik klik, klik klik... Niedźwiedź z mandoliną? Ale już wiem: tuktu. Wysuwam nos z namiotu i z ulgą obserwuję grupę karibu pasących się blisko namiotu i spoglądających na mnie szeroko otwartymi, wilgotnymi oczami. To część grupy nazywanej przez biologów stadem Rzeki Jerzego, stada liczącego w sumie blisko 225 000 zwierząt. Wielkie elastyczne racice nie pozwalają im się zapadać w śnieg lub błoto, ułatwiając zarazem grzebanie w śniegu w poszukiwaniu mchów i porostów. Mocne ścięgna powyżej racic wydają przy każdym kroku ten zdumiewający perkusyjny dźwięk.
A kroków jest bez liku: przeciętny karibu potrafi pokonać setki kilometrów w czasie swoich dorocznych wędrówek, przemierzając ogromne połacie Arktyki w poszukiwaniu jedzenia i miejsc, gdzie tradycyjnie rodzą się cielaki. Stada płyną wtedy jak rzeka najeżona ogromnymi wieńcami poroży i są tak zwarte, że biolog Stewart Luttich studiujący obyczaje karibu na Labradorze żartuje, że są w nich tylko miejsca stojące i trzeba nabywać bilety, aby się do nich przyłączyć.
O tej porze roku karibu wcale nie wyglądają majestatycznie; po zrzuceniu wielkich poroży paradują z małymi kolcami, które wkrótce wyrosną na ogromne korony. Ich przepiękna brązowa sierść z białym podgardlem wygląda w lecie jak stary wyskubany materac upstrzony brudnymi plamami, ponieważ jaśniejsze zimowe futro wypada kłakami i zwisa smętnie z bioder. Jest to futro zaprojektowane z największą dbałością o przetrwanie właściciela zimą: niezmiernie gęste włosy utrzymują masę komórek powietrza blisko skóry, a każdy włos jest wewnątrz pusty i podzielony na komory powietrzne jak plaster miodu, aby zapewnić dodatkową izolację. Ta ocieplająca powietrzna osłona pozwala również na przepływanie szerokich rzek i jezior pomagając utrzymać zwierzęta na powierzchni. Ale brak długiej sierści w lecie ma konsekwencje. W bezwietrzne dni widzimy karibu pędzące wzdłuż plaży, jak gdyby gonił je Torngasoak. Opętane ukąszeniami komarów, które jak pijawki wysysają nieprawdopodobne ilości krwi, karibu szukają ulgi w galopie. Nękane insektami często nie mogą się dobrze odżywiać i wiele ginie właśnie w lecie z wyczerpania i głodu.
Mijają dni w Zatoce Zaćmienia i mimo codziennych długich marszów i lustrowania popękanego terenu przez lornetki, nie znajdujemy żadnych śladów ludzkiej obecności. Nie ma cienia dawnych ziemianek, sezonowych schronów ani kręgów kamieni wskazujących na to, że kiedyś stały tu namioty. Żaden samolot nie przecina naszego nieba. Żadna łódź nie pojawia się między lodowymi górami sunącymi jak duchy na południe. Jesteśmy tak daleko od ludzkich osiedli i powrót do nich jest tak zabarykadowany gardzielami fiordów, urwiskami i żlebami wypełnionymi lodem, że próba ucieczki stąd jest niemożliwa.
To jest koniec świata, który znamy i cywilizacji, na której polegamy i wierzymy, że nas nakarmi, wyciągnie z kłopotów lub pomoże w chorobie. Nasza obecność tutaj przeminie bez śladu w momencie, kiedy opuścimy tę zatokę, bez względu na to, czy odlecimy stąd bezpiecznie, czy też staniemy się pożywieniem niedźwiedzi i wilków. Mimo obaw, które wracają w momentach bezczynności, ta świadomość pozwala nam żyć inaczej niż kiedykolwiek przedtem, bogaciej, szerzej. Jak gdyby otwarły się nagle drzwi bardzo ciemnego wnętrza na świat zalany słońcem.

Nastaje kolejny rozsłoneczniony poranek. Wędrujemy prosto na zachód: chcemy dotrzeć do lodowcowej rzeki huczącej gdzieś daleko i znaleźć bród, ale łagodne stoki płaskowyżu prowadzącego w tym kierunku okazują się nasycone wodą. Niewidoczna wieczna zmarzlina, permafrost, która skuwa ziemię kilkanaście centymetrów poniżej powierzchni, nie pozwala topniejącym wiosną śniegom wsiąknąć w glebę i tworzy muskeg, bagniste łąki pełne komarów. Uciekamy w kierunku skalnego kręgosłupa skał i brniemy dalej, potykając się o ostre odłamki granitu i grzęznąc w lepkim błocie zalegającym szczeliny między kamieniami.
Podczas postojów Tara złazi z ramion Dave'a i wyrusza na małe, prywatne ekspedycje. Patrzymy jak zagląda pod głazy, napychając kieszenie zwiędłymi kwiatkami, piórkami kaczek i fragmentami kości ptaków. Jak pije prosto ze strumienia leżąc na brzuchu na trawiastym brzegu, zbiera kamyczki i porównuje ślady zwierząt. Widzimy jak z dnia na dzień nabiera sił i odwagi. Podczas naszych wcześniejszych wędrówek z Eskimosami widzieliśmy, że ich dzieci wychowane i chronione przez całą grupę nomadów kwitły w skrajnie trudnych warunkach. A teraz nasza mała grupa otacza Tarę zwartym kołem opieki i staje się rodziną.
Dochodzimy na brzeg ryczącej kataraktami rzeki osnutej mgiełką i przeciętą biczem bajecznej tęczy. Tu nie ma szansy na znalezienie brodu i nikt oprócz orłów przednich kołujących nad naszymi głowami nie przekroczy tego wąwozu. Tak kończy się wiele naszych wędrówek tego lata: urwisko, rozszalały strumień, przepastny miękki śnieg, hurkoczące głazy kamiennych lawin, nagła zasłona lepkiej mgły.
Kluczymy wśród głazów z wolna wracając w kierunku zatoki i naszych nylonowych chatek. Nagle John zatrzymuje się i mówi: "- Uwaga..." Poniżej na plaży ukazuje się polarna niedźwiedzica, a za nią toczy się biała kulka: jej mały, urodzony w śnieżnej jamie ostatniej zimy, a teraz wielkości niewielkiego owczarka podhalańskiego. Nie widzą nas, więc upewniamy się, że wiatr wieje od ich strony, siadamy wśród kamieni i podziwiamy. Niedźwiedzica wchodzi do morza i nurkuje, wypływając na powierzchnię z wodorostami w zębach. Mały miś rozpryskując fale wbiega za matką do wody, wyrywa jej triumfalnie wstęgę krasnorostów morskich zwanych kelp, przewraca na plecy i unosząc się jak korek na falach przytrzymuje wodorosty pazurami i zajada się nimi z oczywistą rozkoszą.
Wiemy, że nanuk – tak nazywają polarnego niedźwiedzia Eskimosi – odżywia się głównie mięsem fok, na które poluje ze zręcznością cyrkowca. Nie gardzi też padliną wieloryba, morsa, narwala czy bieługi. A kiedy pewnego razu głodny niedźwiedź odnalazł skład blisko tysiąca jaj dzikich kaczek, zgromadzonych przez rodzinę Eskimosów, i pożarł je wszystkie w zadziwiającym tempie, zbieracze jaj oświadczyli, że z pewnością ta uczta bardzo go uszczęśliwiła. Ale wodorosty?
Patrzymy na nasze niedźwiedzie, kremowobiałe na tle ciemnych fal zatoki, nurkujące i wyszarpujące z dna bicze wodorostów, których widocznie potrzebują. Może kelp zawiera minerały albo łatwo strawne włókna? Łatwo przyswajalną sól? Wkrótce posiłek zamienia się w zabawę. Mały włazi na plecy matki, a ona go zrzuca podskakując zabawnie na płyciźnie i goni po plaży potrząsając głową i skacząc na boki jak rozbawiony pies. Potem oba misie wdrapują się na urwisko i idą się paść na jagodzisku niedaleko naszych namiotów. Czekamy – nie mamy wyboru. Musimy czekać, aż skończą te igraszki i odejdą, lecz po godzinie oba zwierzaki układają się na stoku, przytulają do siebie i zapadają w sen.
No i co teraz? Są za blisko naszego obozu, aby tam wrócić. Dave ma swój sztucer, ale to rozwiązanie nie przychodzi nam nawet do głowy: to myśmy wtargnęli na ich terytorium i polarne niedźwiedzie są pod ścisłą ochroną w całej Ameryce Północnej. Zwolna zbliża się wieczór, a z nim dojmujący chłód galopujący prosto z pól śnieżnych i jęzorów lodowców lśniących wysoko w górach. Kałuże mętnieją i pokrywają się cienkim lodem. Jesteśmy ubrani dostatecznie ciepło na wędrówkę w górzystym terenie, ale nie na przeczekiwanie niedźwiedziego snu przez całą nadchodzącą już noc.
Dave, który jakimś cudem taszczył w plecaku małą bańkę paliwa do maszynki, wylewa łatwopalny płyn na kępkę suchego mchu i podpala. Mały ogieniek ogrzewa nasze zmarznięte dłonie. Zjadamy resztę zapasów i znajdujemy osłoniętą przed wiatrem kotlinkę między głazami. Układamy się rzędem ciasno przytuleni do siebie, z Tarą w środku. Naciągamy na jej nogi pusty plecak i otulamy ją dodatkowo wełnianą koszulą Dave'a, która, jak twierdzi, wcale nie jest mu potrzebna. Tara zasypia i oddycha tak spokojnie, jakby spała w ciepłym łóżeczku, a nie w dziurze między kamieniami na końcu świata.
Zamykam oczy i nagle czuję obecność Eskimosów, którzy polowali tutaj dziesiątki, setki lat temu. Z ogromnym trudem i narażeniem życia czasem udało im się zabić nanuka, wspaniałe źródło cennej skóry, mięsa i kości. Wówczas wieszali skórę w najbardziej honorowym miejscu w swojej ziemiance lub śnieżnym domu i aby okazać szacunek padłemu władcy tundry, otaczali go ołtarzykiem przedmiotów: samce otrzymywały dary w postaci noży i strzał, samice dostawały woreczki z igłami i skrobaki do skór.
To był akt dziękczynienia za dar życia: Eskimosi wierzyli, że niedźwiedź pozwolił się zabić, aby otrzymać od ludzi dusze narzędzi niezbędnych mu po śmierci, a do myśliwego należał obowiązek, aby go w te przedmioty zaopatrzyć. Tak obdarzony, niedźwiedź dzielił się dobrą nowiną z innymi misiami. One wówczas chętnie zgadzały się na śmierć z ręki tego myśliwego, który wiedział, jak im okazać szacunek, a przezornie unikały tych, którzy zaniedbali swoje obowiązki.
Nie mamy skrobaków do skór, noży wyrzeźbionych z rogów ani igieł misternie wystruganych z kości zwierząt, aby uczcić naszą niedźwiedzicę. Leżymy przytuleni do chłodnej pościeli tundry osłaniając nasze nakarmione i senne dziecko. Chłoniemy zapach letnich ziół i słuchamy, jak wiatr skowyczy wysoko pod ogromnym niebem. Dzielimy z nią ten kawałek kamienistej ziemi i polarną noc nasyconą światłem.


Iwa Momatiuk i John Eastcott tworzą nadzwyczajną drużynę – w życiu osobistym i zawodowym. Ona architekt rodem z Polski, taternik i alpinista, on Anglik rodem z Nowej Zelandii, wykształcony w Londynie. Oboje wyśmienici fotografowie, z dorobkiem publikacji w wiodących magazynach podróżniczych i przyrodniczych m. i. National Geographic, National Widlife i Audubon Magazine. Są także autorami opracowań książkowych m. i. This Marvellous Terrible Place: Images of Newfoundland and Labrador i Face to Face with Wild Horses. Jedno z ich zdjęć, szczytu McKinley na Alasce, poleciało w szeroki świat na amerykańskim znaczku pocztowym.
Dzisiejszy wpis ma szczególną wymowę: wersja polska wspomnień została przygotowana specjalnie dla nas, ze zdjęciami odtworzonymi z dawnych odbitek. Filmy i oryginały zdjęć są zamknięte w niedostępnym obecnie, a być może nawet już zlikwidowanym starym, analogowym archiwum National Geographic. Ogromnym nakładem pracy, z czułością, zostały odtworzone przez Johna, i oto znowu zaistniały, w cyfrowej wersji, na naszym blogu. Dzięki za „rezurekcję” zdjęć i podzielenie się z nami tą przygodą na krańcu świata, w krainie piękna i grozy, której nikt z nas dotychczas nie odwiedził i pewnie nigdy nie odwiedzi.
Więcej informacji i bogate archiwum zdjęć dostępne na platformie: https://www.momatiukeastcott.com
Bieżący wpis ma jeszcze jedną nutę wartą celebracji. Iwa i John spotkali się przypadkiem – czy też zrządzeniem losu – pół wieku temu, na szosie w Wyoming, nieopodal wzniosłego pasma Teton. 10 października obchodzili 50 rocznicę swego wyjątkowego, twórczego związku. Vivat!






Niezwykłe zdjęcia! I jakże ciekawa, pełna ciepła relacja z zimnego kraju Inuitów.