top of page

Moja ulica



Na ulicy Solec, tuż przy budynku liceum otworzyła się piekarnia. Otworzyła się, i wspaniały aromat chleba, bagli i ciastek migdałowo-porzeczkowych unosi się nad dzielnicą. Dzięki nowej piekarni, która nazywa się „Zbożna”, zobaczyłam Solec z innej perspektywy. Z perspektywy miasta, które tą ulicę stworzyło, a ona z kolei stanowi o mieście. Miasta, które żyje od rana do nocy i w którym każdy może sobie znaleźć własne miejsce.


Mieszkam od dwudziestu lat na Powiślu. Wcześniej mieszkałam wiele lat w Nowym Yorku, w innych dzielnicach Warszawy oraz w Szczecinie. Potrafię docenić szczególny charakter mojej ulubionej ulicy.


Ta część ulicy Solec, o której piszę, zaczyna się od ronda przy szpitalu i wpada do ulicy Tamka. Idąc lewą stroną od ronda mijamy sklep mięsny, kaletnika, pracownię kapeluszy i czapek pani Ruty. Tuż za pracownią kuszą w witrynie domowe wyroby Ewy i Jacka. Potem zakład fryzjerski „Angel”, który znajduje się w tym miejscu właściwie od zawsze. Jest oczywiście pasmanteria, nadzwyczaj użyteczna, bo przecież zawsze może zabraknąć skarpetek lub majtek. Zaraz za nią, stateczna oprawa obrazów i luster oraz duży antykwariat.


Po przeciwnej stronie wzrok przyciąga cukiernia pana Olczaka. Tuż obok znajdują się: pralnia chemiczna, sklep z gitarami, małe sklepiki z biżuterią i dywanami, salon z dizajnerskimi meblami „La Pukka”. Salon dba, by dobrze zaprezentować nowe meble i przyjemnie jest przyjrzeć się zmieniającym się aranżacjom.


Mijam dwa warzywniaki mieniące się kolorami. W podcieniach jest szewc. Hydraulik, który wydaje się zawsze zatroskany. Sklepik, gdzie można kupić pierożki na parze. Butique z ubraniami „Lampka”. Niedawno wstąpiłam tam na chwilę, tak po drodze, i znalazłam świetne spodnie na lato. Jest zakład kosmetyczki. Sklep z rybami „U Karolci”, gdzie można kupić wyśmienite śledzie. Przychodnia z pomocą medyczną, dostępna także nocą. Są restauracyjki ze stolikami na zewnątrz, pizza na wynos i kuchnia azjatycka.


Na rogu Solca z ulicą Tamka od dawna mieści się sklep spożywczy, dobrze wszystkim znane „Społem”. Na rogu naprzeciwko piekarnia „U Lubaszki” serwuje śniadania nawet do późnego popołudnia. Jest oczywiście apteka. Także lombard, kantor wymiany walut, sklep z komórkami i akcesoriami do komputerów… Witryny sklepów są przyjazne, wejścia do sklepów często wprost z ulicy. Czasami wystarczy zawołać w głąb sklepu, by uzyskać potrzebny produkt. Duża to ulga dla tych, którzy sami nie pokonają schodków.


Przedwojenne czynszówki sąsiadują z powojennymi budynkami. Starzy mieszkańcy, którzy z dziada pradziada są z Powiśla, sąsiadują z młodymi mamami pchającymi wózki z dziećmi, ze szkolną młodzieżą i z kilkoma bezdomnymi (chociaż w pewnym sensie ich dom to właśnie ulica Solec). Z równą tolerancją mieszają się tu różne rytmy i style. Ktoś śpieszy się, elegancko ubrany, do biura. Ktoś pracuje w domu i gdy trzeba, narzuca po prostu płaszczyk na pidżamę, i myk po pieczywo. Przeszłość od teraźniejszości dzieli tylko płot: miejsce pamięci rozstrzelanych żołnierzy AK graniczy ze szkolnym boiskiem. W zachodzącym słońcu dzieciaki grają w piłkę.


Ulica jest perfekcyjna w swym wymiarze. Na tyle wąska, że idąc jej słoneczną stroną, można złapać wzrok znajomego, który akurat podąża stroną zacienioną. Na tyle szeroka, że można umknąć przed spojrzeniem: oh, spieszę się, teraz nie mogę się zatrzymać!

Solec – to spełnione marzenie miasta. „Ulico, trwaj!”– powiedziałoby miasto. „Jesteś moim idealnym handlowo-sąsiedzkim rozwiązaniem. Modelem dla urbanisty, a przynajmniej taką mam nadzieję! Bowiem oferujesz wszystko, co niezbędne do życia i buzujesz życiem samym w sobie.”


Ja, mieszkanka tej okolicy, mogę się tu wyżywić, zaopatrzyć w ubranie, znaleźć pomoc medyczną. Rano mogę wypić kawę w cafe „Rakieta”. Wieczorem zjeść kolację (danie włoskie, które gotuje pani Dorota) i wypić kieliszek wina w „Heritage”. Spotkać się z przyjaciółkę z sąsiedniej ulicy, by usłyszeć najnowsze przypuszczenia, co do losów zamkniętego szpitala. Mogę również wsiąść w pociąg na stacji Powiśle, tuż za rogiem, i ruszyć w świat.


Od ronda do ulicy Tamka jest 500 kroków. Nie używam samochodu ani autobusu. Nie biegnę do tramwaju. Po prostu idę i kupuję to, co potrzebne, po drodze uśmiechając się do właścicieli sklepów i napotkanych znajomych. Jestem z miasta.






 


Agnieszka Leźnicka-Łoś - psychoanalityczka, prowadzi prywatną praktykę w Warszawie i seminaria z zakresu psychoanalizy. Na co dzień mieszkanka warszawskiego Powiśla, kiedyś także Nowo-Jorczanka.

611 views2 comments

Recent Posts

See All
bottom of page