Ostatnia zwrotka

Wspinali się w pocie czoła po ubitej ścieżce tatrzańskiego lasu przez dobre dwie godziny. Potem weszli w kosówkę, na tyle niską, że głowy wystawały ponad gałęzie i mogli wreszcie zachwycać się widokami Tatr. Kiedy doszli do wysokich, piętrzących się przed nimi głazów, pomyślała: Schody do nieba! Zadarła głowę, żeby zobaczyć, jak wygląda ciąg dalszy szlaku na Zawrat. Ścieżka była stroma, chwilami prawie pionowa, ale nie zwolniła tempa marszu. Brała rozmach i kładła nogę na kolejny stopień, żeby podciągnąć się wyżej, a często i na czworakach wdrapywała się ze skupieniem po tych górskich schodach. Wysiłek fizyczny miał jej pomóc zapomnieć o tym, co zdarzyło się wczoraj. Bolały mięśnie łydek, ale nic sobie z tego nie robiła. Śmigała jak kozica, byle wyżej, byle uciszyć skołowaną głowę. Po paru minutach musiała jednak zwolnić tempo, żeby zaczerpnąć tchu i wtedy myśli dopadły ją, jak myśliwskie psy dopadają zranioną ofiarę.
Ścieżka była teraz wąska, pięła się krajem przepaści. Przystanęła i popatrzyła w dół. A gdzie jest on? Wciągnęła głęboko powietrze w płuca i poczuła, jak spływa na nią odrobina spokoju. Nie wypada chyba, żebym aż tak szybko szła, przecież on za mną nie nadąża. Kamienne schody szlaku były puste. Dopiero po chwili, z kijem w ręku pojawił się stryj. Nieduży, w białym kaszkiecie, z plecaczkiem wyszedł z ostatniej kępy kosówki, stanął, zauważył ją i nieznacznie się uśmiechnął. Miał zwyczaj, on, doświadczony taternik brać wszystkie podejścia równym tempem. Tak było zdrowo i rozsądnie. Nie biec pod górę, nie marudzić przy schodzeniu. Czekając aż stryj zrówna się z nią poczuła, że lekko drży. Zrobiło się jej niedobrze, ale zapanowała nad sobą przenosząc wzrok na panoramę gór. Był piękny, letni dzień. Słońce rozświetlało kryształy granitowych skał, a szarość gór napełniła się blaskiem, który raził oczy.
Kiedy stryj już prawie zrównał się z nią, pokazała mu plecy i znów zaczęła swój szybki marsz do góry. Niespodzianie otworzył się przed nią pełny widok na Zawrat. Przełęcz w kształcie litery U, trochę jak więzień prowadzony przez dwóch wysokich strażników. Jak daleko jeszcze do przełęczy! - pomyślała. Była już druga po południu. Kiedy my tam dojdziemy? Kiedy stamtąd wrócimy? W nocy? Zwykle na wycieczki wychodzili o szóstej rano, ale dziś nie obudził jej i nie spieszył się z wyjściem, więc było oczywiste, że nie zdobędą żadnego szczytu. Jeszcze parę metrów do góry i byli już przy Zmarzłym Stawie. Przystanęła w zachwycie. Woda mieniła się zielona, tak głębokiego odcienia zieleni jeszcze nigdy nie widziała. Drugą połowę stawu pokrywał lód. Skały wokół stawu błyszczały w słońcu wielkimi połaciami niestopniałego po zimie śniegu.
Stryj usiadł obok niej, choć nie za blisko, żeby odpocząć. Odwróciła od niego głowę. Odgadując jej skrępowanie, on milczał i spoglądał na góry. Aż niespodziewanie odezwał się: –Tout comprendre, tout pardonner. (1) Popatrzyła na niego pierwszy raz tego dnia, te gładkie słowa zaskoczyły ją, ale jakby i przyniosły ulgę. Chciała przecież zrzucić jakoś ten ciężar. Chciała, żeby wszystko było zwyczajnie, jak przedtem. Pomyślała sobie: –Pięknie wykręcił się sianem. Tylko on tak potrafi! Był to ich ostatni dzień pobytu w Tatrach. Nie było sensu bez końca psuć sobie humoru, milczeć i robić uniki. Przecież jutro rano wracają do siebie, każdy do swojego domu, i wszystko pójdzie w zapomnienie. I tak się stało.
Miała wtedy piętnaście lat. Minęło wiele czasu zanim wspomnienie tych chwil w Zakopanym wypłynęło z jej pamięci jak z wielkiej czarnej dziury. „Przeszłość jest jak woda w stawie: ciemna, gęsta i zaludniona…” (2)
W grudniowy wieczór siedziała z córką przy herbacie. Były same w domu ciesząc się momentem spokoju i ciszy po świętowaniu bożonarodzeniowych rytuałów, po spacerach i całym tym nadmiarze towarzyskich atrakcji.
–A wiesz, mamo, w ostatnią sobotę przed feriami dziewczyny w akademiku opowiadały sobie o tym jak i kiedy były molestowane. A ja słuchałam, i kiedy przyszła moja kolej, nie miałam nic do powiedzenia. Zawsze byłaś ze mną, więc gdzie i kiedy mógł mi ktoś zrobić krzywdę – roześmiała się. –Miałam to szczęście, że zawsze jeździliśmy na wakacje razem, całą rodziną, i nigdy nie wysyłałaś mnie nigdzie samą.
Przed zaśnięciem rozmyślała o tej rozmowie z córką: –A ja? Czy miałabym coś do powiedzenia? Tak, miałabym. Stryj był zapalonym taternikiem. To jemu zawdzięczała swoją miłość do gór. Odkrycie chwil, kiedy tak mocno pulsuje w żyłach krew, a serce wali jakby chciało wyskoczyć z piersi. Kiedy stajemy na upragnionym szczycie i ogarnia nas poczucie, że osiągnęliśmy pełnię przeżycia. Zaś po wędrówce, mimo zmęczenis, chodzimy jakby o centymetr nad ziemią, z głową wolną od trosk i obaw, ciesząc się przez jakiś czas absolutną lekkością bytu. Od wakacji, kiedy jako nastolatkę zabierał ją w Tatry, przewędrowała wiele pasm górskich na dwóch kontynentach i nigdy jej nie było dość chodzenia.
Tamtego wieczoru w Zakopanym wrócili na nocleg bardzo zmęczeni. Zrobili długą trasę przez Dolinę Kościeliską aż na Tomanowy Wierch, a potem jeszcze wracali piechotą do Zakopanego ścieżką nad Reglami, bo uciekł im ostatni autobus. W sumie 12 godzin marszu. Na szczęście dni w czerwcu są długie. Stryj był zachwycony jej kondycją. Nigdy się nie skarżyła, dotrzymywała mu dzielnie kroku, a co ważniejsze, widział, że chodzenie po górach ją uszczęśliwia. Spali w niewielkim hoteliku, w jednym pokoju z dwoma łóżkami. Tego wieczoru zgasił światło i zamiast zwykłego „dobranoc” powiedział do niej: –Chodź tu do mnie. I podniósł zachęcająco połę koca, którym był przykryty. Posłuchała. Przysiadła na łóżku. Łagodnie przyciągnął ją do siebie, przykrył ich oboje kocem. Nigdy nie leżała z kimś tak blisko. Tak przytulała ja tylko mama, w swoim łóżku. Po chwili poczuła, że jego ręka dotyka jej uda. Znieruchomiała. Zaczął masować jej nogę i delikatnie całować jej włosy. Zaraz przesunie rękę wyżej… Musi z tym skończyć. –Po co ja tu przyszłam? – pomyślała. Mogłam się przecież nie zgodzić.
–Chodźmy już spać - powiedziała głośno i wróciła na swoje łóżko. Nazajutrz czuła do stryja wstręt do stryja. I wstyd. Najchętniej byłaby już z powrotem w domu, z rodzicami. Ale mieli jeszcze przed sobą ostatnią wycieczkę na Zawrat. A stryj był rano miły i pogodny, jakby nigdy nic. Unikała jego wzroku. Choć zwykle nie brakowało im tematów do rozmów, tym razem dzień mijał w ciszy. Kiedy siedzieli nad Zmarzłym Stawem, zanim zaczęli schodzić powtórzył jeszcze raz: –Tout comprendre, tout pardonner. A na koniec przykazał: –Teraz naucz się wiersza Broniewskiego „Brzoza”:
Brzoza nad wodą stała,
Młoda, szumna i piękna
Brzoza w wodę spojrzała
I nagle – drżąca, wylękła-
Chciała uciekać! Uciekać!
Z rozwianym, zielonym warkoczem
I nie mogła I zapłakała
I nie wiedziała po czym.
Podszedłem do brzozy z nożem
I zatopiłem ostrze w
Białej, brzozowej korze
Chciwie wypiłem z rany
Sok, młody, krew brzozowa
I upadłem
I sen mnie zmorzył
Śniłem o tym com stracił
I o tym do czego tęsknie
A wtedy ty brzozo, brzozo,
ty zaszumiałaś najpiękniej…
–Okropny był ten twój stryj! – powiedział mi córka. –Obrzydliwy typ!
–Masz rację, ale ja o nim nie potrafię myśleć aż tak źle. Czas wszystko zmienia. Wolę pamiętać o tym, co było w nim dobre.
Przed snem przyszło mi do głowy, żeby poszukać tekstu wiersza Broniewskiego. Ku swojemu zdumieniu odkryłam, że stryj nie nauczył mnie ostatniej zwrotki:
Obudziłem się z nożem w ręku
Świadomy krzywdy okrutnej
W niebie mogło być jeszcze błękitniej
Ale nie mogło być smutniej
(1) Tout comprendre, tout pardonner, fr. – wszystko zrozumieć, wszystko wybaczyć.
(2) Z wiersza MariI Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Przeszłość”.

Zuzanna Marcinkowska-Golec mieszka w Yonkers, New York. Absolwentka filologii romańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego i New York University oraz iberystyki w Lehman College, CUNY. Studiowała we Francji, na uniwersytecie Toulouse - Mirail i La Sorbonne Nouvelle, Paris III. Pedagog z wieloletnią praktyką pracy z młodzieżą akademicką, licealną i gimnazjalną. Autorka wspomnień Wielkie schody. o rodzinnym mieście Tarnowie





Comments