A świat trwa…
- Grażyna Drabik

- Mar 31
- 4 min read
Wiosna już nie może doczekać się swojej kolejki, już jest za rogiem, śpiewa w tryumfalnych świergotaniach ptaków… A tu jeszcze jeden ostry, zimowy wicher. Tulipany powalone, z potarganym liściem. Krokusy stulone w zamkniętych szczelnie kielichach. Jeszcze ani śladu złotości forsycji i żonkili. Kiedy rozkwitną, a rozkwitną za chwilę, zapomniemy kompletnie o tych mrozach i śniegach. Aż nas znowu – za rok, za parę lat – zaskoczą, postraszą, zachwycą.
Bo śnieżyce towarzyszą nowojorczykom z upartą regularnością. Spadają na miasto tak mniej więcej co dziesięć lat. Pierwsza odnotowana w annałach miasta jako kataklizm przyszła w marcu 1888 r., najpierw jako deszcz, z mocnym wiatrem z południa. Nie wydawała się groźna, więc nikt nie był przygotowany, kiedy w nocy drastycznie spadła temperatura. Wiatry zawirowały, uderzyły z północy, hulały z prędkością 130 kilometrów na godzinę. Śnieg walił regularnym rytmem przez całą noc, cały dzień, zbierał się w kilkumetrowe zaspy.
Miasto ciężko zapłaciło za swą początkową beztroskość. Stanął transport: pociągi i tramwaje ciągnięte przez konie. Stanęły promy łączące z Brooklynem, bo Wschodnią Rzekę zahamowały tafle lodu. Wichura uniemożliwiała nawet ruch pieszy. Most brooklyński został zamknięty. Interesy i giełda – też zamknięte. Biały Huragan, jak go ochrzcili marynarze, zebrał ponure żniwo: w ciągu trzech dni śnieżnej zawieruchy i zamieszania zginęło około 400 ludzi. Niezliczona ilość bydła zamarzła w śnieżnych grobowcach. Nowy Jork stał się dosłownie wyspą samą w sobie, odciętą od świata, bo zerwane linie elektryczności i zwalone słupy telegraficzne uniemożliwiły komunikację. Ostała się tylko jedna linia: translantycki kabel między Nowym Jorkiem a Londynem, założony w 1866 r. Ciemność otuliła miasto. Odnotowano rekordową akumulację śniegu: 53 cm. (Imponujący wskaźnik, lecz skromny w porównaniu z północą nowojorskiego stanu, gdzie zarejestrowano 119 cm śniegu w Albany, 140 cm w Troy.)
New Street (patrząc w stronę Wall St.). Zdj. Brown Brothers. Archiwum NYPL
Pomnik George Washingtona przed Federal Hall, Wall Street. Zdj. anon., 12 marzec 1888
W. 11 St., Greenwich Village. Zdj. anon. Library of Congress
A potem przyszły następne zamiecie i wichury. Zasypane drogi. Przestoje i opóźnienia. Żmudne oczyszczanie chodników. Taplanina w topniejących śniegach… Każda zimowa nawałnica po swojemu szczególna czy też szczególnie zapamiętana.
Ta w 1899 r. (13 luty) przewaliła się z mocą przez całe Wschodnie Wybrzeże, od Nowego Orleanu po Kanadę, z obfitym śniegiem i rekordowo niską temperaturą. Nowy Jork mocno odczuł mrozy, bo skuły wody zatoki, unieruchomiły wiele łodzi i uniemożliwiły na parę dni transport wodny i połowy. Miasto zapamiętało „Królewski Sztorm” jako czas, gdy zabrakło ryb na rynku i ostryg, znaczącej wtedy części codziennego pożywienia. Za to przemysł lodowy (tak, był taki, i to na wielką skalę w Nowym Jorku) cieszył się ekonomicznym boomem. Zbierane tafle lodu miały przeciętną grubość 25 cm, a niekiedy dochodziły do imponującej, prawie pół metrowej grubości.
250 W. 54 Street, luty 1899
Przy Wschodniej Rzece. Library of Congress
W czasie śnieżycy w 1910 (14 stycznia) William Jay Gaynor, 95-ty burmistrz Nowego Jorku, szanowany za praworządność i zwykłą ludzką przyzwoitość, utknął w pociągu w zaspach pod Hicksville na Long Island. Starając się dojść piechotą do stacji, odmroził sobie uszy i prawie zginął z wyczerpania. Poza tym śnieżyca zapisała się w pamięci eksperymentem w systemie sprzątania śniegu z ulic. Śniegu było dużo, tradycyjna metoda wywożenia go do Wschodniej Rzeki powolna. Superintendent Nowego Jorku zaproponował, by otworzyć pokrywy do ścieków i spychać śnieg, ile się da, do podziemnych czeluści. Wyliczono, że przez jeden właz można przepchać cały wagon śniegu w 50 sekund. Resztę dalej wywożono tak jak zwykle, wozami ciągniętymi przez konie: użyto 1200 wozów, zatrudniając 18,000 ludzi.
Potem warte odnotowania były następne nawałnice: w 1920 (5 luty), 1935 (23 styczeń), 1947 (26 grudzień)… Niektórzy tego drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia utkwili w niekończących się korkach ulicznych. Inni, starający się powrócić do domu, musieli spędzić noc na Penn Station. Jeszcze inni oglądali mecz tenisowy Bobby Riggsa i Johna Kramera w Madison Square Garden (rekord frekwencji: 15,114 widzów), nie zważając na zaspy śnieżne blokujące ulice ani przestoje pociągów.
Burze i porządki po burzach, małe i wielkie klęski czy zwycięstwa, a „świat trwa”, powiada László Krasznahorkai, najnowszy noblista, opisując mniejsze i większe dramaty ludzkie z węgierską melancholią podszytą apokaliptyczną nutą. Może nawet, przewrotnie, przetrwa i apokalipsę.
Zdj. G. Drabik
W 2026 r. zima popisała się podwójnie. Pierwsza śnieżyca przyszła 25 stycznia, w niedzielę. Śnieg był lekki, suchy, względnie łatwy do sprzątania, nie nadający się do lepienia bałwanów, ale dobry do robienia „aniołów”, z akumulacją wystarczającą, by dać dzieciakom szansę zjeżdżenia na sankach w co niektórych parkach.
Powróciła 23 lutego, także jako śnieżyca niedzielna. Zaczęła się jakby od niechcenia, porannym deszczem. Miasto szykowało się do zapowiadanego oblężenia z wyjątkową powagą. Zohran Mamdani, burmistrz ledwie od kilku tygodni, działał przecież pod szczególnym nadzorem: sprawdzi się czy zbłaźni w konfrontacji z pierwszym kryzysem przygotowanym przez naturę. Ogłoszono lokalny „stan wyjątkowy”: zakaz ruchu kołowego z wyjątkiem tego najbardziej koniecznego; mobilizację pracowników służb sanitarnych i porządkowych; powołanie ochotników do „hufców pracy” ($19.14 za godzinę). Ponieważ w czasie styczniowego nalotu śnieżnego zginęło 13 ludzi, w większości bezdomnych, bezbronnych wobec nocnego mrozu, tym razem przysposobiono 22 tzw. autobusów-do-ogrzewania oraz 24 specjalnych punktów, gdzie można się przed mrozem tymczasowo schronić. W gotowości stał tabun maszyn: 700 rozsypywaczy soli, 2,200 śnieżnych pługów. Szkoły i uczelnie miały być w poniedziałek zamknięte, i to jako prawdziwy „dzień śnieżny”, bez udawania, że niby obowiązek zastępczej nauki na zoomie.
Kiedy więc niedziela obudziła się wilgotna, z przedwiosennym podmuchem, wszystko stało jakby w zawieszeniu – niby normalnie, lecz z tą normalnością niepewnie. Ulga, lecz i rozczarowanie. Śnieg się pojawił dopiero w południe, cieniutki, długo nie zostawiając wyraźnych śladów na chodnikach. Nawet jasność dnia nadal trwała, jakby śnieg był przezroczysty, z przezroczystych chmur. Dopiero pod wieczór śnieg ogłosił, że przybył na serio. Zgęstniał, już na dobre się rozpadał. Pootulał drzewa. Pokrył jezdnie i chodniki coraz grubszą warstwą. Noc przybyła i przeszła, a śnieg nadal padał.
Poniedziałek obudził się w wielkiej ciszy. Tylko surowe pohukiwania wiatru. Szuranie śnieżnych pługów od czasu do czasu. Posapywanie autobusu przesuwającego się mozolnie. A śnieg padał nadal: na centrum miasta i na przedmieścia. Na nasze większe i mniejsze pomniki. Pojedynczego spacerowicza na pustej ulicy. Wytrwałych dostawców-rowerzystów. Wieże kościelne. Ostatniego upartego, który już po ciemku, samotnie, chce złapać jeszcze jeden zjazd z rozśnieżonego pagórka. Kolory zdramatyczniały w kontrastach czarno-bieli. Drzewa przemieniły w labirynty zagmatwanych linii. Świat się rozbielił, rozpiękniał, wstrzymał oddech.
Wtorek przyszedł w glorii oślepiającego słońca. I nagle ten wzmożony ruch. Głosy ludzi i ptaków. Tabuny pracowników miejskich gotowych do wymarszu… Ale to już całkiem inna, pośnieżycowa opowieść.



















Ciekawy opis historii śnieżyc. Osobiście je bardzo lubię. Spacerowałem na zewnątrz w czasie tych obu ostatnich :)
Piękny wpis, wspaniałe zdjęcia ! 🩷🙏 Brawo !!!