top of page

Wizyta u Leslie Marmon Silko

Updated: Nov 19, 2023


Enchanted Mesa, New Mexico



Między kolcami kaktusa a igłami jałowca


Saguaro, opuncje, chollas, „złote beczki” i inne gatunki kaktusów kwitną w maju na potęgę, a tuż obok nich okotije, jukki, drzewka paloverdes i krzewy creosote. Pustynna, kolczasta łąka pokrywa się kwieciem wyraźnie widocznym na tle jasnych skał, piaszczystej ziemi i jasnozielonej trawy. Wśród kwiatów dominuje kolor żółty: słomkowe kielichy na potężnych słupach saguaro, miodowe na opuncjach, złote kwiatuszki rozsypane na gałązkach paloverdes. Gdzieniegdzie inne mocne akcenty: na niektórych chollas, plamy fuksji; na krańcach łodyg okotiji, karmazynowe kleksy.


Park Narodowy Saguaro nieopodal Tucson w Arizonie jest w rozkwicie. I tam, na szlaku, nieoczekiwane spotkanie z Gila Monster – helodermą arizońską. Spotkanie zaskakujące, bowiem ta największa żyjąca w USA jadowita jaszczurka wychodzi na poszukiwanie łupu ledwie kilka razy do roku. Zwykle chowa się pod kamieniami lub w jamach pod ziemią. A zauważa się ją od razu, bo pomarańczowe plamy na skórze łatwo rzucają się w oczy. Dla tubylczych plemion Południowego Zachodu jest ona odwiecznym symbolem pustyni, przedstawianym na skalnych petroglifach, w zdobniczych motywach na koszykach czy ceramice. Apacze uważają, że rządzi pogodą, i spotkanie z nią zapowiada deszcz, a także powodzenie. Indianie Seri i Yaqui sądzą, że skóra helodermy ma właściwości lecznicze. Dla Nawahów posiada magiczną moc uzdrawiania i przywracania życia. Według ich wierzeń była pierwszym uzdrowicielem, a jej darem dla ludzi jest zdolność diagnozowania chorób. Natomiast Tohono O’odham i Pima omijają tego jaszczura szerokim łukiem, bojąc się zwiastowanych przez nią chorób.


cholla / opuncje / Gila Monster

Park Narodowy Saguaro, Arizona


Kiedy opowiadam o mojej przygodzie pisarce Leslie Marmon Silko, ona zauważa z uśmiechem, że spotkanie z tym pradawnym, potężnym stworzeniem to wielkie szczęście i znak wyróżnienia. Podkreśla, że ona sama mieszka w tych okolicach od 40 lat, a widziała helodermę ledwie cztery razy. Dodaje też, że maj to najlepsza pora na odwiedziny, kiedy pustynia kwitnie i upał jeszcze da się wytrzymać.


Leslie Silko przeprowadziła się do niewielkiego domu usytuowanego na porośniętym kaktusami wzgórzu, na skraju Parku Saguaro, w 1978 roku. Przybyła do Tucson tuż po publikacji Ceremony, swej głośnej, do dziś nie tracącej popularności powieści. I została, bo urzekł ją surowy, górsko-pustynny krajobraz, który raz do roku przepysznie rozkwita.


Przyjechaliśmy, ja i mój mąż, pragnąc poznać osobę, której pisanie, od przeczytania pierwszych jej opowiadań, oczarowało mnie i poruszyło swym liryzmem, humorem, przenikliwym spojrzeniem i głęboką symboliką. Odległy, egzotyczny świat przedstawiony w tych opowieściach jest jednocześnie swojski, zrozumiały i prawdziwy. Szczególne miejsce w twórczości Silko zajmuje Storyteller. Autorka umieściła akcję tej niezwykłej książki w Laguna Pueblo, w Nowym Meksyku. Tam się wychowała i tam ukształtowała się jej tożsamość. Ogromne wrażenie, jakie książka kiedyś na mnie wywarła nie przygasa, a poznanie autorki to wielkie przeżycie. Jej dzieła nie istnieją jeszcze w języku polskim i bardzo chciałabym to zmienić. Po krótkiej wymianie korespondencji na temat moich planów tłumaczenia pisarka zaprosiła nas do swego domu na obrzeżach Tucson. Praca nad tłumaczeniem zaczęła się niedługo przed spotkaniem w Tucson. Umowa z agencją autorki została podpisana i Storyteller powinien się ukazać po polsku na początku przyszłego roku.


Storyteller to dzieło niecodzienne w swej formie: kolaż czy zestawienie różnorodnych tekstów i obrazów zręcznie wymykające się gatunkowym ramom. Składają się tu w jedną całość opowiadania, wiersze, mity, krótkie wspomnienia oraz 26 czarnobiałych zdjęć. Łączą się mocno, ale nie wprost i niezbyt ciasno, tak jakby w swobodnej rozmowie ktoś przechodził od słowa do luźnego skojarzenia, od skojarzenia do słowa o czymś innym. Opowieść wymyka się z ram autobiografii czy fotograficznego albumu, miesza czas przeszły z teraźniejszym, mitologię z plotką, poezję z prozą. Książka, która ukazała się w 1981 roku (w drugim wydaniu w 2012), nie przestaje fascynować i warto o niej rozmawiać. Ogromne wrażenie, jakie kiedyś na mnie wywarła, nie przygasa i poznanie autorki było wielkim przeżyciem. Jej dzieła nie istnieją jeszcze w języku polskim i bardzo chciałabym to zmienić. Po krótkiej wymianie korespondencji na temat moich planów tłumaczenia Storyteller na polski, pisarka zaprosiła nas do swego domu na obrzeżach Tucson.


Wjazd do domu Leslie Silko znajduje się na dalekich przedmieściach, na samym końcu długiej ulicy. Dalej są już tylko pokryte kolumnami kaktusów zbocza parku narodowego, z którym graniczy jej posesja. Przy bramie wjazdowej stoi na straży wzniosła kolumna saguaro, z pękami kwiatów. Stromy podjazd na mały placyk przed parterowym domem nie jest zbyt długi. Wzdłuż podjazdu i na całym terenie rosną wielkie saguaro, chollas i inne kaktusy. Dom tonie w krzewach i nie widać zbyt wyraźnie jego ścian. Po lewej stronie zauważam furtkę z namalowaną ręcznie tabliczką ostrzegającą przed grzechotnikami. Za domem widać klatkę ptaszarni; wiem, że autorka posiada kilka papug, słychać je zresztą wyraźnie.


Leslie Silko czeka na nas przy domu. Jest znacznie drobniejsza niż postać wielkiej pisarki jaką sobie stworzyłam w wyobraźni. Wita nas ciepłym uśmiechem. Ma długie, spadające poniżej ramion rozpuszczone włosy, a na skroniach opaskę z fioletowej bandany. To styl jakiego od amerykańskich Indian nauczyli się kiedyś hipisi. W czerwonej bluzce haftowanej w kwiaty, jasnych dżinsach i butach typu huarache wygląda świetnie, naturalnie i swobodnie. Prowadzi nas do wejścia od tyłu i od razu zaczyna opowiadać o swoich psach, a ma ich trzy, jak udało się im wydostać przez ogrodzenie parę dni temu, ale na szczęście odnalazła je, spragnione i wyczerpane, w pobliskim schronisku, dzień przed naszą wizytą. Opowiada z przejęciem, bo bardzo martwiła się o ich bezpieczeństwo. Pod dom podchodzą kojoty, a nawet meksykańskie wilki, nie mówiąc już o grzechotnikach. Poszczekiwania psów i skrzek papug są tłem naszej rozmowy.


Siadamy przy dużym kuchennym stole. W domu jest przyjemnie chłodno, choć na zewnątrz środek upalnego dnia. Jest to bardzo stary dom, ponad stuletni, i dowiadujemy się, że niedawno w jednej jego części zawalił się sufit. Dlatego wszędzie leżą sterty książek uratowanych po tej katastrofie. Zasłuchana, włączam nagrywanie dopiero po pewnym czasie. Rozmowa toczy się wartko, bo Leslie Silko nie przestaje mówić, płynnie przechodząc z tematu na temat. W jej głosie słychać ożywienie, a gesty i mowa całego ciała wyraźnie wskazują, jak wielką przyjemność sprawia jej opowiadanie. Do tego moje zainteresowanie Storyteller zbiegło się pomyślnie z inną konwersacją. Akurat poprzedniego dnia Silko długo rozmawiała przez telefon z redaktorką z wydawnictwa Penguin Audio na temat wymowy i transkrypcji imion i nazw rdzennych, bo w lipcu ma się ukazać audiobookowa wersja Storyteller. Bardzo ją to cieszy, bowiem w tej książce starała się przekazać ustne opowieści w formie pisanej; głośne czytanie tekstu jest wprost idealną formą dla realizacji tego zamierzenia.


Wtrącam, że to dobry omen, przez tyle lat niewiele było o niej słychać, a tu nagle taki wzrost zainteresowania. Dodatkowo w kwietniu bieżącego roku wywiad z nią ukazał się w magazynie New Yorker. Omeny, znaki, wróżby to dla Silko sprawy całkiem zwykłe. Przypomina natychmiast, że jej mroczna, ponad 700 stronicowa powieść-rzeka Almanac of the Dead ma w numerze ISBN trzy szóstki, a ukazała się w 1991 dokładnie 2 listopada, czyli w Dzień Zmarłych. Dodaje, że pamięta jak trudno było jej pisać tę powieść stanowiącą mocne oskarżenie europejskiej kolonizacji i ostrzeżenie przed brutalną eksploatacją środowiska. W narracji pojawia się wiele postaci ludzi złych: psychopatów, zboczeńców, bandytów. Opisy niesprawiedliwości i przestępstw stanowiły tak ogromne wyzwanie, że Silko przerwała pisanie na kilka miesięcy i zaangażowała się w kampanię polityczną w Tucson. Zrobiła to w sobie właściwy sposób, a mianowicie namalowała w mieście wielki mural przedstawiający węża z ludzkimi czaszkami w brzuchu. Tekst towarzyszący obrazowi wzywał do przywrócenia sprawiedliwości.


Leslie Silko nie tylko pisze, ale też rysuje, maluje i fotografuje. Fascynują ją związki obrazu ze słowem, wizualne przedstawienie tekstu tak, by sugerował intonację mowy i jednocześnie dopełniał słowo obrazem. Pokazuje nam wykonaną własnoręcznie książkę zatytułowaną Sacred Water, o bardzo małym nakładzie, wydaną w 1993 roku przez jej własne wydawnictwo. To wydrukowany na pięknym papierze i ręcznie zszyty zbiór krótkich tekstow i czarno białych zdjęć wykonanych przez Silko na temat fundamentalnego znaczenia wody w pustynnym klimacie Południowego Zachodu USA. Wspomina przy okazji swojego niedawno zmarłego ojca Lee Marmona, który był znanym fotografem; jego zdjęcia są integralną częścią książki Storyteller.


Wszystko o czym opowiada Leslie Silko, jest dla mnie niezwykle ciekawe i najchętniej pozwoliłabym rozmowie toczyć się swobodnie, bo wątków i skojarzeń aż nadto, ale wiem, że nie mamy całego dnia. Entuzjazm i poziom energii naszej rozmówczyni zaczyna słabnąć. Staram się nakierować rozmowę na szczególnie interesującą mnie historię powstania książki Storyteller i na miejsce, któremu jest poświęcona, jakże inne od tego, w którym się znajdujemy. Laguna Pueblo, scena akcji, wspomnień i opowiadań zawartych w Storytellerze, to miejsce, z którego Silko pochodzi. Jest oddalone od Tucson o około 650 kilometrów, znajdując się w innym stanie i w innej strefie czasowej. W obu miejscach są wulkaniczne góry i rosną kaktusy, ale w okolicach Laguna, w Nowym Meksyku, w oczy rzucają się przede wszystkim wszechobecne jałowce, modrzewie, sosny.


Silko uważa się za Indiankę Laguna, z Nowego Meksyku, choć od lat mieszka w Arizonie, gdzie zapuściła korzenie. W Pueblo Laguna wyrosła i nauczyła się cenić słowo, mówione i pisane. To miejsce ją ukształtowało jako osobę i jako pisarkę. Jest przekonana, że pisanie powieści Ceremony, której akcja toczy się w Laguna Pueblo, uratowało jej życie. Pisała ją, gdy los rzucił ją do małego miasteczka na Alasce, gdzie przez większą część roku pada deszcz, do pejzażu skrajnie różnego od nowo meksykańskiego. Opisywanie pokrytych jałowcami wzgórz okalających Laguna i bezchmurnego nieba pomogło jej wówczas przetrwać. Wspomina, że lokalne opowieści, plotki, i anegdoty, które się powtarza przy kuchennym stole, podczas wizyty u kogoś, czy w czasie przypadkowego spotkania na drodze, przenikały wówczas życie rodzinne i społeczne. A te powieści są najczęściej związane z konkretnym miejscem w samym Laguna lub okolicach, z jakimś szczególnym rysem krajobrazu. Storyteller jest mocnym dowodem istnienia więzi między słowem, tekstem, a miejscem. To celebracja ducha tego miejsca, jego specyfiki i nastroju. Silna nuta nostalgii brzmi w jej głosie, kiedy opowiada o swoich ciotkach i babci, o tamtym odległym czasie, w którym świat był prostszy i lepszy.


Poczucie zakorzenienia w dwóch miejscach i tradycjach jest dla Silko zupełnie normalne, bo od dziecka łączy w sobie wiele światów. Pochodzi z rodziny o mieszanym rodowodzie; jej członkowie, choć zanurzeni w życiu społeczności Laguna, nie brali czynnego udziału w ceremonialnym życiu puebla, które wiąże się z dziedziczoną przynależnością klanową. Dom rodzinny pisarki, dom Marmonów, był ważnym motorem zmian w Pueblo, ale też jednocześnie ośrodkiem zbierania i przechowywania tradycyjnych opowieści. Wybór jednego, wcale nie jest odrzuceniem drugiego. Głosy z różnych tradycji mogą pięknie i harmonijnie współbrzmieć. Autorka czuje silną więź z Laguna, ale jednocześnie czuje się też obywatelką świata. Uważa, że ludzie wszędzie mają podobne problemy i te same radości. Dlatego też Leslie Silko wierzy, że polski czytelnik może odnaleźć w jej książce celebrację miejsca pochodzenia, pochwałę więzi rodzinnych i uznanie dla ich złożoności, oraz afirmację wspólnoty, którą wszędzie na świecie tworzą małe społeczności. A poza tym każdy potrafi docenić ciekawe opowieści, którymi się ludzie dzielą przy wspólnym stole.


I oto pojawia się, zupełnie nieoczekiwanie, akcent polski. Syn autorki otrzymał imię Casimir po dziadku, zwanym „grandpa Caz”. A dziadek Cazimir otrzymał imię po swoim ojcu, Kazimierzu, który uciekł do Ameryki przed poborem do wojska z terenów polskich będących pod zaborem rosyjskim i osiadł w Milwaukee. Kolejny omen w tej historii, świadczący o tym, że książka Leslie Silko Storyteller musi zaistnieć po polsku.



Laguna Pueblo i okolice Laguna, New Mexico

Leslie Marmon Silko i ED, przy domu Silko w Arizonie

Zdjęcia Tomasz Dżurak


 

Ewa Dżurak

Bibliotekarka akademicka w College of Staten Island, CUNY. Antropolog kulturowy z wykształcenia i zamiłowania. Przełożyła kilka klasycznych dzieł antropologicznych na język polski, m.i. książkę Clifforda Geertza. Interesuje się kulturą rdzennych mieszkańców USA, a zwłaszcza współczesną literaturą pisarzy pochodzenia tubylczego. Obecnie tłumaczy na polski książkę Leslie Marmon Silko Storyteller. Znajduje się w Zarządzie i prowadzi stronę internetową Polsko-Amerykańskiego Towarzystwa Etnograficznego

357 views0 comments

Recent Posts

See All
bottom of page