top of page

Róża wiatrów (1)

Updated: Jun 9


Tak jak zawsze pojawi się bez zapowiedzi. Jest co prawda kartka, jedna z jej ulotnych kartek z czasem zabawnym, czasem aluzyjnym obrazkiem jaki gdzieś tam wpadł jej w oko, dwa trzy zdania, że się wybiera, jeszcze na mur nie zdecydowała, może Wyspy Kanaryjskie, może Buchara, Barcelona, albo jakaś Babilonia. Tu, że Nowy Jork. Stęskniła się do pewnego domu na Madison Avenue. Którego domu, czyjego, typowo nie napisała. Nic u niej nie jest nigdy na mur. Enigmatyczna, nieuchwytna, nieprzewidywalna. Jej żywiołem, tak mi kiedyś powiedział jeden z jej wiernych przyjaciół, jest wiatr. Jest, mówił, jak rozpięty na wszystkie wiatry żagiel, jak szybujący między szlakami huraganów sokół wędrowniczek, jak stepowy rumak urwany ze stada pędzący na oślep byle dalej. Weronika, wolna jak ptak! Od siebie dodam, że kocha konie, jazdę konną, a nawet jej fryzura, niezmienna od lat szkolnych, to tak zwany koński ogon. Bezpretensjonalnie związany czarną tasiemką.


I właśnie na tej kartce jest koń, z jeźdźcem na oklep, całość niewyraźna, bo kartka chyba długo szła, jakby także krążyła po różnych antypodach i zblakła po drodze. Plama jakaś przy pysku i grzywie konia, przykro patrzeć, taka skaza na urodzie pięknego zwierzęcia. I mowy nie ma o odczytaniu daty na pieczątce pocztowej, ledwie fragment nazwy miejscowości nadania, zapewne Warszawa, choć może Nieszawa, zawsze lubiła małe miejscowości, miasteczka z brylastym ratuszem na rynku, Zakładem Fotograficznym, barem z banalną nazwą albo bez nazwy. I one ją lubiły, witały. (Słowo „banalne” pożyczam od niej. Miało u niej znaczenie pozytywne, twierdziła na przykład, że woli osoby banalne od niebanalnych. Może paradoks, ale coś w tym jest.)  Pismo na kartce stosunkowo czytelne, łatwo uzupełnić niewyraźne słowa. Cytuję: U was już od miesiąca wesołe holideje, u nas po wodzie i w tym ulewnym deszczu ludzie miotają się za karpiem. Prawdziwy list dostaniesz na papierze w kratkę, żeby ci przypomniał szkołę, ale może wcześniej ja przybędę, szykuj konia z rzędem i listę tematów (por. szkoła) do długiej nocnej łajdaczek rozmowy. Twoja kochana Unia.

Unia, zdrobnienie imienia, powstała podczas naszego pierwszego we trójkę, ona, Blair i ja, spotkania. Oboje lubili wszelkie gry i zabawy słowne, dziecinne przezwiska — baby talk. I tak jej imię zostało właśnie wtedy zdrobnione. Wera, Werunia… Unia.

Przypomnę tamto spotkanie, początek naszej przyjaźni, jej długiej historii po obu stronach oceanu. Historia jakich w tamtych latach wiele, transatlantyckiego romansu Amerykanina i Polki. Amerykanin, przejazdem w Warszawie albo uczestnik jakiegoś spotkania Zachodu ze Wschodem po naszej stronie żelaznej kurtyny, na ogół dziennikarz, poznaje młodą Polkę i oczarowany jej słowiańskim wdziękiem postanawia wyrwać ofiarę totalitarnej szarzyzny na wielobarwną wolność. Oczarowaniu sprzyja jej słaba znajomość obcych języków. Nawykły do gadatliwych rodaczek Anglosas nagle czuje się uważnie słuchany zamiast zmuszony, bo trudno zatkać uszy, przyjmować do wiadomości, gdzie była, co kupiła, jaką ma opinię o każdym bieżącym zdarzeniu — on mówi i Polka, z radosnym uśmiechem, potakuje: yes, yes, of course! Będę twoja.

Jednak nie należy uogólniać, bo każdy przypadek mógł być inny, nie każda Polka gotowa była natychmiast pakować lekką walizkę, żegnać się na zawsze z krajem lat dziecinnych. I ja nie byłam tak z punktu gotowa — mój Amerykanin zarzucał mi, że z braku wyobraźni. A może strach? Zawsze się bałam zmian, wędrówek w nieznane, obcych miejsc. Nowy świat, a ja wolałam od nowego stare, nie mnie potrząsać nowości kwiatem… Co ja tam będę w Ameryce, ojczyźnie praktycznych przedsiębiorców robiła, jaką znajdę ze swoim bezużytecznym socjologicznym wykształceniem pracę? Co prawda tu ją właśnie straciłam; instytut badania opinii społecznej przy Polskim Radiu na ulicy Noakowskiego, w którym miałam skromny, ale pełen życia kącik w dziale kontaktów z ankieterami, został zreorganizowany, cały zespół od dyrektorskiej góry do obsługi powielaczy (mogli nielegalnie kolportować wyniki badań!) poszedł w odstawkę. Co prawda dla odstawionych — bodź to Polska przecie! — znajdowały się jakieś ciche zajęcia, tzw. chałtury, byle doczekać następnej fazy złagodzenia reżimu.

Jednym słowem, wahałam się. Samotna matka małego chłopczyka — co będzie, jeśli Amerykanin okaże się złym ojczymem, pełno tego przykładów w literaturze, śnił mi się po nocach David Copperfield wysłany do fabryki pasty do butów, mali wynędzniali gazeciarze, sceny jak z filmu Czterysta batów… Rodzina i znajomi namawiali. Co ty się głupia zastanawiasz, co cię tu trzyma? Gość z klasą, Nowy Jork, przegapisz taką okazję i będziesz przez resztę życia żałowała, tragała te siatki z kapustą i kartoflami. Odpowiadałam, nadrabiając miną, że nic lepszego niż młoda kapusta z młodymi kartofelkami, i zsiadłym mlekiem. Tylko moja starsza siostra była przeciw: że dziecko, jej ukochany siostrzeniec Tomeczek się wynarodowi, bo na mój patriotyzm nie można liczyć. Straszna przepowiednia!

Blair Clark nie dawał za wygraną. Pisał długie listy (listonoszka machała już od furtki kopertą Air Mail), wreszcie kupił bilet, leci do Warszawy. Przed odlotem postanowił poradzić się obecnej już od kilku lat w Nowym Jorku zamężnej z dziennikarzem czołowej gazety Elżbiety Czyżewskiej, jaką przyjąć strategię, jak przekonać oporną rodaczkę. Elżbieta natychmiast zdecydowała, że trzeba całą sprawę postawić na innym torze. Kto ona jest, nikt jej nie zna, szkoda takiego atrakcyjnego kandydata na męża dla jakiejś cizi z jakiegoś Grójca (w rzeczywistości Brwinowa), dajmy mu kontakt do paru fantastycznych koleżanek z środowiska —któraś się na pewno zainteresuje, z korzyścią dla obu krajów. (Środowiskiem było towarzystwo artystów teatru i filmu, także poetów i pisarzy, którzy spędzali wolne od pracy twórczej wieczory w lokalu SPATIF-u w Alejach Ujazdowskich, i Elżbieta bardzo do tego niemającego w Nowym Jorku odpowiednika tęskniła.) Atrakcyjny kandydat, też dziennikarz, rutynowo zapisał numery telefonów, zapakował zgodnie z radą Elżbiety rolkę papieru toaletowego i żyletki marki glück, sporządził (jak mi później powie) nowy testament.

Jest! Czwartego lipca, Fourth of July, w słonecznej pogodzie ląduje na Okęciu srebrno-niebieski samolot Pan Am, pojawia się na schodkach niewątpliwy Amerykanin, Gary Cooper z filmów W samo południe i Miłość po południu, przewieszony przez ramię płaszcz trencz, głowa do góry, ja z galeryjki na dachu powiewam wykonaną na ten cel (przez sąsiadkę z parteru) amerykańską chorągiewką — bach-bach kobiece serce. Pierwszym i do końca jedynym, problemem okazał się hotel. Nie pamiętam, kto zrobił rezerwację w hotelu MDM na Placu Konstytucji, ale gość ledwie wszedł do pokoju, spochmurniał. Łóżko jest za krótkie. Udaje się zmienić MDM na Europejski, już nie łóżko a łoże, kandelabr, fotele. Zostawiam zmęczonego transatlantycką podróżą amanta, wracam z Dworca Śródmieście do Brwinowa, do dziecka.

Dzień drugi, równie słoneczny. Koniecznie, blisko, Stare Miasto, do obiadu wybieram restaurację „Szanghaj” (Marszałkowska przy Placu Konstytucji), żeby pochwalić się światową i u nas kuchnią. Niewypał. Warszawskie chińskie jadło, ryż z różnościami, zdziwiło nowojorczyka. Obiecał zabrać mnie do prawdziwej chińskiej restauracji tuż obok jego domu, wymienia, być może głodny po tym ryżu, inne pobliskie restauracje, Irish Pavilion, Italian Pavilion, hinduskie, japońskie, a ja się zastanawiam, czy jeszcze Łazienki czy wracać do hotelu. Widzę brak entuzjazmu do dalszych spacerów, więc hotel. Love in the afternoon. Wieczorem obowiązek towarzyski i ciekawość dziennikarska, telefony do numerów od Elżbiety.  Na pierwszy dzwonek do sławnej na cały kraj poetki Weroniki S. Pogodny głos w słuchawce: będzie w barku za najwyżej trzy kwadranse, jedzie z Żoliborza, mogą być korki. Czekając, układam dla Blaira z ułamków mojej angielszczyzny historię dzielnicy Żoliborz. Jakiś Francuz zachwycił się widokiem nadwiślańskiej osady, zawołał: Jolie Bord, co zostało spolszczone. Tam zaczęło się Powstanie Warszawskie. Ulubiona dzielnica wybitnych postaci życia literackiego i teatralnego. I już, telefon z recepcji. Zbiegam czerwono obitymi schodami, pustawy barek, kawiarnia przy barku. Natychmiast poznaję skromnie ubraną słynną autorkę „Kwitnącej tarniny”. Nie strój zdobi poetę…

Pamiętną dla całej trójki noc przerwał wczesny letni świt. O czym była przy butelce szkockiej whisky rozmowa, co kto mówił, najwięcej Weronika, trudno jest mi powtórzyć. Na początku imiona, czy ona dobrze wymawia Blair (imię z nazwy szkockiego klanu) — coś pomiędzy Bler i Blajr — on z Weroniką nie ma problemu. Tłumaczymy mu polską sztukę tworzenia zdrobnień o ileż bogatszą niż w innych językach. Weronika, Weruncia, Werunia… Blair podchwytuje: Unia! Unique Unia! Brawa dla Blaira za wzorowe ń. Po czym Weronika decyduje: Blerski. Toasty: Unia i Blerski! Go girls! Z Biłgoraju do Brooklynu, z Falenicy do Fila-del-fi, z Kasprowego do Kansasu Królestwo Polskie za konia! Życie krótkie, ars longa, baju baju będziesz w raju. Po zabawie z imionami i aliteracjami (dwojga bądź co bądź artystów słowa!), pojawiły się nieuniknione akcenty polityczne i tu także inspiratorką i główną oratorką była Weronika. W ferworze mieszała angielski z polskim, wzywała mnie, też niezbyt sprawną, na pomoc, ale zżyta od dziecka z teatrem nie traciła scenicznej werwy. Nasza rzeczywistość jest horrendalna, obrzydliwa, disgusting  (znalazła właściwe angielskie słowo), jesteśmy jak rybki w niedomytym akwarium ślepo krążące dookoła sztucznych glonów, rzucą nam garstkę karmy i przez chwilę nadziejka, szybciej ruszamy płetwami, po czym jeszcze głębsza — jak po amerykańsku? — smuta. Doom and gloom — podpowiedziałam.

Blair zaczął się niepokoić. Niby żartobliwie gestykulował w kierunku kandelabra, bugs, podsłuchy, KGB. Jeszcze was obie zaaresztują za wrogą propagandę, kto wie czy nie współpracę z amerykańskim szpiegiem. I — Sy-birski… Weronika, no to aresztujcie, w kibitki i na Workutę, albo bliżej do szpitala wariatów, Tworki pod Warszawą, ha — ha! Dolała sobie do szklanki bursztynowego płynu, stuknęła w moją ostrożnie traktowaną (czekają mnie nazajutrz liczne obowiązki) szklankę: „Na frasunek dobry trunek” — niech Blair powtórzy, niech się uczy mądrości naszego ciemiężonego narodu. Ale Blair nie podjął wyzwania. Nie miał ochoty na dalszą naukę słowiańszczyzny i raczej nie zlekceważył, jakkolwiek wątpliwej, perspektywy oglądania mnie przez kratki szpitala dla wariatów, wiedział o takich przypadkach w Rosji sowieckiej tuż za miedzą. (Goodbye love in the afternoon!) Łyknął trunku i zadał Weronice parę neutralnych pytań. Wybieramy się do Krakowa, jaki tam radzi nam hotel?

W rozcięciu kotary pokazał się od strony grobu nieznanego żołnierza błysk poranka, oznajmił smugą kurzu koniec nocy. Otwierając nam drzwi do wyjścia, portier powiedział do sprzątaczki: „Stać Amerykańca na dwie blondynki.” Weronika, że zły, bo nie dostał swojej prowizji.


Udał się Kraków, udało Zakopane. Hotel Francuski, Wawel, ołtarz Wita Stwosza, pyszne flaki u Wierzynka… W Zakopanem Blaira szczerze zachwyciło Morskie Oko. Dużo widział cudów natury, ale nie równych temu. Na jego życzenie przed powrotem do Warszawy pojechaliśmy taksówką do Auschwitz. (W 1945 był w plutonie, który wszedł do Buchenwaldu.) I jeszcze noc w mrocznym Hotelu Francuskim. Szepczą cienie w starych lustrach: skąd tu nagle YES! YES!! YES!!!


W pociągu z Krakowa do Warszawy para starszych państwa w przedziale pierwszej klasy głośno zastanawiała się, jakiej narodowości jest ten dryblas. Małżonka trafnie zgadła: Amerykanin, bo żuje gumę. W Brwinowie rodzina przykazała dodać do patriotycznej marszruty Kazimierz nad Wisłą i tam razem z dwulatkiem Tomkiem pojechaliśmy autobusem, nikt w mojej rodzinie samych kobiet nie miał samochodu. Więc polski folklor, baby z koszami, dotkliwy brak miejsca na długie nogi Amerykanina. W Kazimierzu padał deszcz, w improwizowanym noclegu przydała się rolka papieru toaletowego, ale moja opowieść o Esterce już niezbyt zainteresowała znużonego tempem wycieczek nie pierwszej młodości turysty. Za miesiąc skończy czterdzieści pięć lat — nikt by mu tu nie dał, powiedziała Weronika. Wielki komplement z ust płomiennej orędowniczki młodości.

Pożegnanie nie było zbyt smutne. Wizyta udana, trzeba wracać. No i powstał plan, że spotkamy się we wrześniu w Londynie, ja polecę razem z Tomkiem. Weronika przybiegła do Europejskiego z prezentem, butelką domowej pigwówki. Polish pigwowica! Na kartce hotelowej papeterii napisała wierszyk:

Goodbye Blerski

I wish you very wellski

But if you feel frasunek

Reach out for polski trunek.

Dała mu także list do Elżbiety.


W Londynie nie padał deszcz, nie było słynnej mgły. Blisko wynajętego przez Blaira mieszkania w dzielnicy Mayfair był Hyde Park z osławionym „kątem”, skąd zawsze ktoś przemawiał na dowolna tematy, wtedy głównie na temat wojny w Wietnamie. Tomek biegał po wolnym od zakazu deptania trawniku, zbierał kasztany, karmił kupionymi z odpowiedniego automatu granulkami kolorowe kaczki. Bardzo dużo mówił, jakby chciał przemóc językową barierę, która raczej nie sprawiała ani jemu ani Blairowi szczególnego kłopotu, w ogóle nie mieliśmy żadnych ze sobą kłopotów. Mieliśmy, zawsze ważne dla Blaira życie towarzyskie. Rano uważnie obserwowany w tej czynności przez Tomka zapisywał w notesie Hermès z kim lunch, z kim dinner. Jednym z jego znajomych był ówczesny ambasador USA, kolega z Harwardu, który zaprosił nas na cocktail party. Przyjechała limuzyna z ambasady, natychmiast obrzucona jajkami i sosem pomidorowym. Anglicy wrażliwi na grzechy imperializmu tłumnie demonstrowali przeciwko agresji Jankesów w Indochinach, z kukłami, petardami; pierwszy raz w dorosłym życiu spędzonym w Polsce Ludowej coś takiego widziałam, w takim karnawałowym stylu. Blair, przeciwnik tej agresji, wściekły, ale trudno, przyjął od kolegi zaproszenie, więc lecą i na niego te jajka. Pierwszy też raz w życiu jestem na cocktail party, tłumnej, w wykwintnym salonie. Wita nas pani ambasadorowa, renomowana piękność, włosy platynowy chełm — patrzy na mnie z przelotną ciekawością. Gwar głosów, nie rozumiem co mówią, jedno, drugie martini, po pół godzinie robi mi się słabo. Mam te nagłe zawroty głowy od dziecka, na przykład podczas pierwszej komunii, ale dawno się nie zdarzało, więc zaskoczenie i przykro, że sprawiam Blairowi kłopot. Wychodzimy niezauważalnie „po angielsku” i na świeżym wieczornym powietrzu wracam do siebie. Blair też z ulgą, omija go niewinnego słuszny gniew obywateli niedawno utraconego Imperium. Odprowadzają nas światła z wspaniałego Court of St James’s. (Obecnie siedziby Taj Hotel.)

Któregoś dnia odwiedził nas siostrzeniec Blaira, George, w Londynie na praktyce z jakiejś firmy prawniczej w rodzinnej Wirginii. Dzwonił kilka razy, wreszcie Blair go zaprosił, ściśle określając porę. Choć wysoki, z rumianą cerą grywającego w golfa Szkota, pod żadnym innym względem nie był do wujka podobny. Nie tylko nie błyszczał, ale robił wrażenie, że nigdy nie zabłyśnie i że ten stan rzeczy go nie krępował, nie ściszał głosu. Przyszedł z prośbą o pożyczkę na kupno samochodu. Blair był gotów mu pożyczyć, obiecał to siostrze, długo jednak tego biednego Dżordża dręczył, mnożył komplikacje, wtrącał krytyczne wobec owej firmy prawniczej w Wirginii przytyki. W końcu po godzinie dał mu czek. Trochę mnie to zaskoczyło, taki chłód wobec bliskiego członka rodziny? Jakiej, trudnej do wyobrażenia rodziny?  W pięknej Wirginii, kolebce niepodległości Stanów Zjednoczonych? Ale kolejne towarzyskie wydarzenie, wieczór u państwa Millerów, okazało się nadzwyczaj przyjemne. Jonathan Miller, reżyser teatralny i operowy, był jedną z najsympatyczniejszych postaci z jaką się kiedykolwiek zetknęłam. Wszystko wokół opromieniał z łaski Bożej wdziękiem (artysta!), życzliwym światu poczuciem humoru. Powiedział dowcipnie o Tomku, że taki malec, a już tak płynnie mówi w obcym języku. Ach, jak miło! Ładna, też pogodna żona Rachel, pełzający po podłodze tłuściutki dzidziuś i wreszcie drzwi same się otwierają, wchodzi zjawiskowa w aureoli złotych loków młodziutka babysitterka, Lynn Redgrave. Mieliśmy iść do teatru, niestety, jakże bardzo niestety, znów zawrót głowy i tym razem nie mogłam zrobić jednego kroku. Pani Miller, lekarka, położyła mnie na kanapie i energicznie pokręciła mętną głowę, przeszło. Dała diagnozę, vertigo — nic groźnego, wielu to ma. Napisała receptę. I prysł czar wieczoru z angielskiej powieści, więcej ich nie zobaczę.

Zbliżał się moment decyzji. Nie pamiętam miejsca i pory dnia, kiedy powiedziałam, że chcę wracać. Nie mam siły. Być może jestem chora, uczepiłam się wymówki. Na dworze zrobiło się jesiennie, jechaliśmy na lotnisko w żółtawej jak opar z gliniastej sadzawki mgle, w milczeniu, Tomek też cicho siedział. W naszym brwinowskim mieszkaniu mama borykała się z piecami. Tylko co był zdun, a cholery dymią.

Nie zadzwoniłam do Weroniki. Ona zadzwoniła, dostała telegram od Blaira. Powiedziała, jesteś idiotka, że zrywa ze mną stosunki. Po kilku dniach przyszedł wysłany jeszcze z Londynu list. Nie, nie „cały mokry od łez”, protestanccy Anglosasi, White Anglosaxon Protestants, nie płaczą. I zaraz drugi, i trzeci list, z Nowego Jorku. Odpisałam. Nie wiem, czy żałowałam, ale tęskniłam. Było mi go brak i pustka rosła (są pustki, które się kurczą, są co rosną), pachniała dymkiem z jego fajek, które Tomek lubił liczyć, brzmiało w uszach poranne Let’s see what’s going on in the great outdoors…  W moim małym brwinowskim outdoors prószył mokry śnieżek, w gałęziach sosen skrzeczały wrony. (Obiektywny korelat, powiedziałby T.S. Eliot.) Czytałam kilka razy każdy list, pisałam ze słownikiem, żeby nie robić błędów, użyć właściwego wyrażenia, choćby o tej pustce. Wiosną Tomek zaczął chodzić do przedszkola przy ulicy Słonecznej w Brwinowie, bił się tam z drugim silniejszym Tomkiem, Pękalą, ale nie ustępował. Będzie politykiem.



 

Joanna Rostropowicz-Clark – warszawianka z urodzenia i za czasów studenckich (polonistyka i socjologia na UW), od czterech dekad mieszkanka Princeton, NJ. Jest autorką czterech powieści i dwóch zbiorów „klasycznych” opowiadań. Obecnie eksperymentuje na pograniczu między autobiografią a fikcją. „Róża wiatrów” jest najnowszym tekstem z tego ciekawego cyklu opowiadań-wspomnień.

93 views0 comments

Recent Posts

See All

Comments


bottom of page