top of page

Nakarmić opowiadającego smakołykami


Marie Anaya Marmon, babcia A’mooh, w kuchni z moimi siostrami, Wendy i Gigi. Zdjęcie Lee H. Marmon


Mówiłam na nią zawsze ciocia Susie,

ponieważ była ciotką mojego ojca

i on tak właśnie się do niej zwracał.

 

Jej mężem był Walter K. Marmon,

brat mojego dziadka Hanka.

Pochodziła z rodziny Reyes, z Paguate,

z wioski leżącej na północ od Starego Laguna.

Około roku 1896,

gdy była jeszcze młodą kobietą,

wysłano ją do Szkoły dla Indian w Carlisle

w Pensylwanii.

Gdy ukończyła Szkołę dla Indian,

studiowała w Dickinson College w Carlisle.

 

Po powrocie do Laguny

nie przestała czytać,

szczególnie o historii,

choć wychowywała już własne dzieci

i pomagała wujowi Walterowi w pracy na małym ranczu.

W latach dwudziestych XX wieku uczyła w szkole,

w jednoizbowym budynku w Starym Laguna,

a ojciec ciągle wspomina, jak błaznował w klasie,

kiedy ciotka odwracała się twarzą do tablicy.

 

Odkąd ją pamiętam,

pracowała przy kuchennym stole,

obstawiona książkami i papierami rozłożonymi na ceracie.

Miała piękny charakter pisma,

ale wzrok jej szwankował

i dlatego pisała bardzo powoli.

 

Przekroczyła sześćdziesiątkę,

kiedy odkryłam, że słucha tego, co mówię –

wszystkich moich pytań i przemyśleń.

Miałam ledwie siedem czy osiem lat,

ale pamiętam, jak odkładała swoje wieczne pióro,

i zanim się odezwała, zdejmowała okulary,

żeby przetrzeć chusteczką oczy.

 

Dziś wydaje mi się to zupełnie nadzwyczajne,

że przerywała lektury i pisanie,

żeby odpowiedzieć na moje pytania,

żeby przekazać mi wszystko, co wiedziała na dany temat,

ale tak właśnie było.

 

Głęboko wierzyła w książki

i w edukację.

Należała do pokolenia,

ostatniego tutaj, w Lagunie,

które przekazywało całą kulturę

drogą ustną,

całą historię,

całą wizję świata,

które zależały od tego, jak je zapamiętają

i jak powtórzą kolejne pokolenia.

 

Z pewnością zdawała sobie sprawę,

że nastawienie i warunki,

które sprzyjały tradycji ustnego przekazu w kulturze Puebla Laguna

zmienił nieodwracalnie europejski najazd –

szczególnie praktyka wywożenia dzieci

daleko od Laguny, do szkół z internatem dla Indian,

jak najdalej od ludzi opowiadających,

którzy we wszystkich poprzednich pokoleniach,

opowiadając, przekazywali dzieciom

całą kulturę i silne poczucie plemiennej tożsamości.

 

Pisała jednak bardzo powoli,

z powodu słabnącego wzroku

i nadmiaru rodzinnych obowiązków.

To, co nam zostawiła

opowieści i zapamiętane relacje –

jest przede wszystkim tym, co zdążyła nam opowiedzieć,

i co my zdołaliśmy zapamiętać.

 

W każdym pokoleniu

tradycja ustna zależy od pojedynczych ludzi,

którzy słuchają i zapamiętują jakiś fragment,

i dopiero to wszystko razem –

my wszyscy pamiętający to, co usłyszeliśmy –

wszystko to razem staje się kompletną historią,

długą historią ludu.

 

Pamiętam tylko niewielką część.

To jest to, co pamiętam.


Kiedy byłam małą dziewczynką, ciocia Susie spędzała dużo czasu na ranczu Marmonów, położonym na południe od Laguny. Latem, w okresie znakowania bydła, przyjeżdżaliśmy do cioci Susie i wujka Waltera, ojciec fotografował wtedy jak spędzali bydło. Ciocia Susie rankami zajmowała się gotowaniem, przygotowując duży południowy posiłek.


WSPINACZKA NA WĘŻOWĄ GÓRĘ

 

Widząc dobre chwyty

dla rąk,

sięgam po rozgrzane występy w skale,

wspinając się, wyczuwam ciało góry.

Gdzieś tu w pobliżu

śpi w słońcu na swym kamieniu

żółto nakrapiany wąż.

 

Proszę,

mówię im,

uważajcie,

nie nadepnijcie na żółto nakrapianego węża,

on tu mieszka.

Ta góra należy do niego.


PIEŚŃ GO-WA-PEU-ZI

Hena–ti–tzi

He–ya–she–tzi

So–you–tano–mi–ha–ai

o chmurach

o deszczowych chmurach

o rosnącej kukurydzy

śpiewam


Deszczowe chmury i widoczna w oddali ulewa wraz z ukazanym na pierwszym planie, naturalnie uformowanym w piaskowcu, zbiornikiem na wodę reprezentują dwa podstawowe elementy, dzięki którym ludzie mogli przetrwać na pustynnym płaskowyżu Nowego Meksyku. Ten pejzaż wyglądał tak samo tysiące lat temu. Zawsze było tu mało wody, a naturalne zbiorniki z piaskowca na deszczówkę były cenne i święte dla ludów Laguna i Acoma.


Kiedy miałam trzynaście lat, George Pearl pożyczył mi winczester. Był to bardzo

stary model, ze stalowym kółkiem z boku do przyczepienia broni w futerale przy siodle.

Był ciężki i po każdym strzale bolało mnie ramię; wydawało się, że jest głośniejszy od

strzelby mojego ojca, która była większego kalibru, ale nie poskarżyłam się nawet słowem – taka byłam szczęśliwa na tym pierwszym polowaniu. Tamtego roku nie udało mi się ubić jelenia, ale pewnego popołudnia, kiedy polowałam samotnie na okrągłym wzgórzu wulkanicznym, zwanym przez nas Chato, tuż pod szczytem zauważyłam ogromnego, brunatnego niedźwiedzia wylegującego się w słońcu. Trudno powiedzieć, czy był martwy, czy tylko spał. Byłam ostrożna, wiedziałam już, jakie figle płatają wyobraźni godziny wypatrywania śladów ruchu, choćby zarysu kształtu jelenia czy koloru sierści. Wiedziałam już, jak łatwo można wziąć suche gałęzie jałowca za poroże, bo chodziłam z ojcem na polowania od ósmego roku życia. Stałam więc bez ruchu przez długi czas, aż uspokoił mi

się oddech, a serce przestało bić jak szalone. Nawet przeniosłam wzrok w inne miejsce w nadziei, że zobaczę wuja Polly’ego albo kuzyna Richarda, którzy polowali na wzgórzach w okolicy.

 

Wiedziałam, że na Górze Tylora nie ma takich dużych niedźwiedzi. Właściwie byłam pewna, że nigdzie nie ma takich wielkich niedźwiedzi. Ale kiedy znów spojrzałam w górę, ogromny, brunatny niedźwiedź wciąż tam leżał – na nasłonecznionym zboczu, powyżej płatów topniejącego śniegu i wysokich żółtych traw. Patrzyłam bardzo długo, wypatrywałam śladów ruchu, cienia oddechu, ale byłam za daleko, żeby nabrać pewności. Jeżeli był martwy, chciałam go zobaczyć z bliska. Pomyślałam, że mogłabym wypalić mu nad głową, ale wiedziałam, że to niezbyt mądre budzić niedźwiedzia, mając tylko stary winczester.

Przez cały czas tylko oczy mi biegały, ramiona już zaczyły mi drętwieć od tego długiego trzymania strzelby w tej samej pozycji. Najciszej i najostrożniej jak umiałam, wycofałam

się od ogromnego niedźwiedzia. Po przejściu kawałek w dół zbocza, odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy ciągle go widać, jak wyleguje się w słońcu w jedno z ostatnich ciepłych popołudni roku, i czy nie jest to po prostu brązowy płacheć ziemi i pień z rażonego

piorunem drzewa, leżący ponad plackami śniegu. Ale wielki, ciemny niedźwiedź wciąż

leżał nieruchomo na południowym zboczu Chato, z głową zwróconą na południowy wschód

i z zamkniętymi oczami. Szybko zbiegłam w dół, nasłuchując w napięciu, jakie dźwięki niesie

wiatr za plecami, i oglądając się za siebie co jakiś czas.

 

Nigdy nikomu nie powiedziałam o tym, co zobaczyłam, wiedziałam bowiem, że ludziom, którzy widzą takie rzeczy, nie pozwalają na noszenie broni i nie zabierają ich polować

na jelenie.


Mój ojciec zrobił niejedno zdjęcie Enchanted Mesa, płaskowzgórza położonego w pobliżu Acomy. Natknęłam się jednak na ujęcie, którego dotąd nie widziałam – ze śniegiem na ziemi i chmurami na niebie ponad skałą, równie jasnymi jak ten śnieg. Zdjęcie to zrobił w 1949 roku.


Babcia A’mooh miała bardzo zniszczoną książeczkę, już bez okładki.

Czytała ją mi i moim siostrom,

a potem dowiedziałam się,

że czytała ją także moim wujom i ojcu.

Wszyscy pamiętamy Misia Zucha

i choć czytała nam tę książeczkę wiele razy,

ciągle chciałyśmy usłyszeć to jeszcze raz.

Może dlatego,

że zawsze czytała z takim ożywieniem i ekspresją,

zmieniając ton i barwę głosu

za każdym razem, gdy odzywał się inny miś –

tak jak mówiłby prawdziwy opowiadacz.


W sobotę rano przechodziłam koło domu Nory,

była na zewnątrz, akurat rozpalała ogień w piecu chlebowym.

Zatrzymałam się, żeby się przywitać i zaczęłyśmy rozmawiać;

powiedziała, że wnuki przyniosły z biblioteki książkę,

w której był mój wiersz „Kojot z Laguny”.

            – Bardzo nam się podobał,

            tylko powiedziałam dzieciom,

            że wersja, jaką opowiadał mój dziadek,

            była dłuższa.

– Tak, na tym właśnie polega problem z pisaniem – przyznałam. –

Nie da się tak ciągnąć i ciągnąć bez końca, jak my tutaj,

kiedy opowiadamy historie.

Ludzi nieprzyzwyczajonych to szybko nuży.

            – Pamiętam, że pękaliśmy ze śmiechu,

            kiedy dziadek opowiadał tę historię!

            Zaczynał dopiero wtedy, kiedy dostał

            coś naprawdę pysznego do jedzenia –

            prażone orzechy pinyon albo kawałek jerky.

            Zjadał i zaczynał opowieść.

            Wiesz, tak właśnie należy robić,

            należy karmić opowiadającego smakołykami.


Dziadek ukończył Sherman Institute, szkołę dla Indian w Riverside, w Kalifornii. W szkole zafascynowały go inżynieria i projektowanie. Pragnął zostać projektantem samochodów. Ale w 1912 roku indiańskie szkoły były wyłącznie szkołami zawodowymi i nauczyciele powiedzieli dziadkowi, że Indianin nie może zostać projektantem samochodów. Przyuczono go do zawodu sprzedawcy w sklepie.

Pracował w sklepie Abiego Abrahama w Lagunie i w końcu zaoszczędził tyle, żeby zaraz po ślubie z babcią Lillie otworzyć własny sklepik. Nigdy sklepikarzowania nie lubił, robił tylko to, co niezbędne. Kiedy podrosłam, zauważyłam, jak czasem zamykał się w sobie i czułam, że wypełnia go jakiś smutek, o którym nigdy nie mówił. Prenumerował Motor Trend i Popular Mechanics, śledził nowe konstrukcje samo- chodowe i wyniki corocznych testów drogowych. Kiedy w 1957 roku Ford wypuścił model Thunderbird kabriolet, dziadek kupił go sobie i jeździł nim do końca życia.


Dziadek Hank z samochodem marki Auburn, model z 1933 roku.   Zdjęcie Lee H. Harmon

Ojciec rzadko rozstawał się ze swoimi aparatami fotograficznymi. Jego drugą miłością były samochody, pewnie dlatego, że dziadek Hank je uwielbiał. Ojciec uznawał tylko dżipy i range rovery. Mama zrobiła mu to zdjęcie w 1949 roku, kiedy nasz dżip kombi był zupełnie nowy. Zdj. Virginia L. Hampton


 


Leslie Marmon Silko (ur. 1948) należy, obok N. Scotta Momadaya i Jamesa Welcha, do grupy pisarzy, którzy w latach 1970tych współtworzyli tak zwany Indiański Renesans w literaturze amerykańskiej. Pochodzi z rodziny o mieszanym rodowodzie. Pradziadek, Robert Marmon, przybył do Nowego Meksyku z Ohio w 1872 roku i wraz z bratem osiadł w Pueblu Laguna. Obaj wżenili się w lokalne rodziny, sprawowali różne funkcje administracyjne w zarządzie puebla. Ich domy były jednocześnie motorem zmian w tradycyjnej kulturze Laguna i ośrodkiem przechowywania dawnych wartości i opowieści plemiennych.


Silko spędziła dzieciństwo w Laguna Pueblo, w wielopokoleniowej rodzinie, wychowywana w duchu szacunku do tradycyjnej kultury Pueblo, lecz także z naciskiem na szerszą wiedzę. Skończyła anglistykę na Uniwersytecie Nowego Meksyku w Albuquerque. W 1974 roku zadebiutowała tomikiem poezji Laguna Woman. Ten tomik oraz sześć opowiadań opublikowanych w tym samym roku w pierwszej antologii opowiadań autorów indiańskich The Man to Send Rain Clouds pod redakcją Kenneth’a Rosena, przyniosły jej rozgłos i grant z National Endowment for Humanities. Pozwoliło jej to spędzić dwa lata w Ketchikan na Alasce, gdzie napisała swą najsłynniejszą, często wznawianą, powieść Ceremony, opublikowaną w 1977 roku. Jest to do dziś jedna z najszerzej znanych powieści autora pochodzenia indiańskiego. Następną pozycją wydaną przez Silko, już wtedy mieszkającą w Tucson w Arizonie, jest niezwykły zbiór prozy i poezji Storyteller (1981).


W 1991 ukazała się kolejna, potężnych rozmiarów pozycja, Almanac of the Death. Tę mroczną powieść-rzekę, pełną wirów i odmętów, zaludniają odszczepieńcy, przestępcy i psychopaci. Zapowiada rychły koniec świata. Autorka mówiła w wywiadzie: „To jest moje 763 stronicowe oskarżenie za 500 lat kradzieży, mordów, grabieży i gwałtu” (Donna Perry, Backtalk: Women Writers Speak Out). Pisanie tej kroniki zniszczeń i cierpienia było doświadczeniem tak trudnym, że autorka przerwała na jakiś czas pracę i namalowała w centrum Tucson mural przedstawiający węża wypełnionego ludzkimi czaszkami. Rok 1993 przyniósł zbiór Yellow Woman and a Beauty of the Spirit: Essays on Native American Life Today. Najdłuższy z zebranych tu tekstów, „Pejzaże zewnętrzne i wewnętrzne: opowieści o migracjach ludu Pueblo”,  zawiera rozważania na temat mitologii i sposobu widzenia świata przez Indian Pueblo. W centrum powieści z 1997,  Gardens in the Dunes, znajduje się metafora ogrodu i sposobów jego uprawiania w różnych kulturach. Kształt i zawartość ogrodu jest bowiem znakiem światopoglądu, symbolem podejścia do natury. Bohaterkami powieści są dwie siostry z fikcyjnego plemienia Sand Lizard. Jedną z nich adoptuje zamożna rodzina ze Wschodu, a druga tuła się po niebezpiecznych miasteczkach amerykańskiego pogranicza. Pod koniec ich losy znowu się połączą.  W The Turquoise Ledge: a Memoir z 2010 roku, słowo pamiętnik jest nieco mylące, bo forma tych zapisków nie jest typową rejestracją następujących po sobie zdarzeń. Jest zapisem obserwacji i przemyśleń na temat relacji z otaczającą naturą, przetykanych wspomnieniami osobistymi i informacjami z historii regionu Tucson. W 2011 wydała, w formie elektronicznej, nowelkę Oceanstory, a obecnie kończy pracę nad nową powieścią.


Leslie Marmon Silko zapewniła sobie trwałe miejsce w panteonie najlepszych amerykańskich pisarzy współczesnych. Jest pisarką wszechstronną, która poszukuje nowych form nie pozwalając się zamknąć w ograniczających kategoriach literackiego gatunku. Miesza literackie formy, zestawia je ze sobą i przetwarza. Choć jej twórczość nasycona jest elementami kulturowymi Pueblo, ich tradycjami i mitami, Silko nie jest pisarką etniczną. Należy do współczesnej kultury amerykańskiej. Jej twórczość zasługuje na szerokie uznanie, opowiada bowiem o sytuacji człowieka poszukującego, który wyobcowanie przezwycięża przez odwołanie się do swej własnej, ale przekształconej tradycji – a w tej sytuacji, sytuacji emigranta, jak powiedziała Paula Gunn Allen  - znajduje się większość z nas.

 

Lee H. Marmon (Leland Howard Marmon, 1925-2021) pochodzi z Puebla Laguna. Fotografią zaraził go ojciec, Robert Marmon, a dodatkowe kursy fotograficzne odbył podczas służby wojskowej. Był zawodowym fotografem znanym, przede wszystkim, z czarno białych zdjęć starszych mieszkańców Puebla Laguna, oraz z pejzaży w okolicach Puebla.


 

Noty biograficzne zostały przygotowane przez Ewę Dżurak, autorkę tłumaczenia książki Leslie Marmon Silko, Storyteller, z której pochodzą przedstawione tu teksty. Pierwsza książka tej pisarki w języku polskim ukaże się w czerwcu 2024, nakładem Wydawnictwa Tipi, pod tytułem Opowiadaczka z Puebla Laguna. Książka jest wyjątkowym kolażem opowiadań, poezji i wspomnień, wzbogaconych czarno-białymi fotografiami Lee H. Marmona, ojca Leslie Silko.                                                                                                              

 

 

126 views0 comments

Kommentare


bottom of page