Góry, doliny...





Upłynęło jedenaście dni od kiedy Bobkowski i Tadzio wyruszyli z przyjaznego im Hotelu Vitrac na uliczce Pont Vieux, w Carcassonne. Teraz rowerzyści żegnają się z rozsłonecznionym wybrzeżem śródziemnomorskim i wjeżdżają w głąb doliny Varu, w kierunku Alp. Za Niceą zakręt na północ: Route de Napoléon. Jechał tędy po ucieczce z Elby – odnotowuje Bobkowski 17 września, w swych pierwszych górskich notatkach. (Odcinek #67)


Odnotowuje także, jak szybko i radykalnie zmienił się krajobraz. Kamienny majestat gór sprawia, że harmonijna muzyka błękitów nieba i morza, wonność ziół, mocny gorąc słońca, bezkres horyzontu, rytm roweru toczącego się prawie samoistnie po łagodnych zakrętach i falach wzgórz - wszystkie te doznania dotąd dominujące w podróży zacierają się w pamięci, odpływają w nierzeczywistość. Rozpoczyna się konfrontacja z ostrą jazdą przez góry, a ściślej mówiąc – najpierw konfrontacja z mozołem podchodzenia, bo droga jest tak stroma, że jazda staje się niemożliwa. A więc 17 km pchania rowerów pod górę, krok po kroku:

… trzymając rowery za kierownicę, nogami zapieramy się aż poza tylnym kołem. Niemal leżymy nad asfaltem… Przełęcz wisi nad głowami i nie można wyskoczyć jednym susem. Podchodzimy już nie na nogach, lecz na nerwach. Wali mi w skroniach tak, aż przymykam oczy, oddech skrócił się i słyszę mocne i szybkie uderzenia serca. Rowery uciekają w tył i gdy stajemy, żeby odetchnąć, trzeba ściskać hamulce.

Szkice piórkiem 19 września, 1940 (odcinek #70)


Wreszcie pierwsza zdobyta przełęcz: Cayolle, wznosząca się na zdumiewającą wysokość 2326 m. Cóż, przecież to Alpy, gdzie przełęcze sięgają ponad szczyty Tatr. Z oddali dociera chłód wiecznych śniegów. Teraz z kolei – szaleńczy zjazd, pędem ponad 45 km/godz. Opis Bobkowskiego oddaje równie wyraziście walkę z oporem ciała wobec nadmiernego wysiłku, jak euforię lotu w dół. Krótkim zdaniem podsumowuje entuzjastycznie całość doznań:

Zakręt, skok mostem na drugą stronę rzeki, zapach mokrych bierwion, ułożonych przy drodze, żywicznych i sękatych, mroczne wrota krótkiego tunelu… Słońce przedarło się tu przez jakąś szparę, z której wypryskuje jak pęk promieni z małego okienka kabiny operatora w kinie. Ekran czerwonej zieleni, a na nim pędzi mój rower. Czasem, w ciągu ułamka sekundy, widzę swój cień. Gdy znika, wydaje mi się, że go przegoniłem i że nie może za mną nadążyć... Twarze, ręce, uda i łydki mamy zupełnie sine pomimo opalenizny. Palce tak sztywne, że nie możemy wyciągnąć zapałki z pudełka. Jest to chyba najładniejszy dzień naszej podróży.

Szkice piórkiem 19 września, 1940 (odcinek #70)


Cud gór i fizyczny trud pochłania początkowo gros uwagi Bobkowskiego. Jednak wspaniałość krajobrazu wyzwala także jego liryczne tęsknoty. Notatki spisywane „gdzieś w górach” mienią się bogactwem opisu, zmieniają niekiedy w poemat prozą:

Powoli wschodziło słońce i sypało coraz to nowymi kolorami... Świerki

zmieniały także klejnoty, bo stopiony słońcem szron stawał się wielkimi

kroplami wody o wszystkich barwach tęczy. Ciemny szafir nieba

rozwodnił się, stał się bardziej fiołkowy aż do niebieskiego. Gwiazdy gasły

w oczach i robił się dzień. Jeszcze kilka poprawek, niedbałych pociągnięć

pędzlem słońca i obraz był skończony. Jeżeli piękno całego wybrzeża od

St.-Raphaël do Monte Carlo było ziemskie, uchwytne, wprost gęste, to tu

rozpływało się ono i było nieskończone, nieosiągalne w swojej całej pełni,

jak zbyt wysokie to nuty dla ucha.

Szkice piórkiem 20 września 1940 (odcinek #71)


Miasteczka, przez które nasi rowerzyści migają, zostają odnotowane ledwie mimochodem. Guillaumes - wzdłuż rzeki Var, w głębi doliny, jakby nietknięte przez niepokój upływającego czasu i wojennej zawieruchy, zasłużyło ledwie na westchnienie: „Tu chciałbym sobie pomieszkać”… W Barcelonette Bobkowski zwraca uwagę na ślad dawnej emigracji; kiedyś ludzie wyjeżdżali stąd w poszukiwaniu zarobku - niektórzy w fabrykach tekstylnych założonych w Meksyku w połowie XIX w. przez braci Arnaud, inni, nieco później, by szukać złota. Przynajmniej niektórym się powiodło, powrócili w rodzinne strony, pobudowali okazałe wille-pałacyki przy Alei Wyzwolenia, przywieźli wspomnienia innego świata i meksykańskie kapelusze… W Gap B. podkreśla, że w sklepach nadal jest świetne zaopatrzenie. Szczególnie zachwyca go sprzęt sportowy wysokiej klasy. Nic sobie jednak nie kupi, ani skórzanego bukłaka na wino, ani plecaka „z rusztowaniem”, tylko parę podstawowych rzeczy, przydatnych na drogę: dwie butle spirytusu do maszynki (jedną zgubią na którymś z górskich zakrętów), kilka puszek mleka „Nestlé”, czekoladę… Dopiero spotkanie w La Mure z emigrantami z Polski, górnikami w kopalniach węgla (B. błędnie identyfikuje ich miejsce pracy jako „kopalnie ołowiu”) powstrzyma ten pęd notatek, zaowocuje rozważaniami o przemianach osobowościowych emigrantów. (Szkice piórkiem 21 września, 1940; odcinki #72, 73, 74)


Tempo jazdy rowerzystów dorównuje konnym marszom Napoleona, spieszącego do Paryża z nadzieją na odzyskanie cesarskiego berła. Do Grenoble B. i T. docierają w tydzień, tak jak generał w marcu 1815 r. Ich noce są jednak z pewnością skromniejsze. Raz chronią się w ziemiance; innym razem śpią w szopie życzliwie przyjęci przez farmerską rodzinę; parę nocy pod namiotem przy szosie. Tylko jedną noc, dzięki staraniom zaprzyjaźnionego z Paryża inżyniera Stefana Hołuja, spędzają pod solidnym dachem Hotelu „Basset” w Uriage, gdzie mieści się schronisko prowadzone przez polski oddział Czerwonego Krzyża. Paradoksalnie, ten jeden przystanek w warunkach względnego fizycznego luksusu zostaje odnotowany jako najprzykrzejszy epizod tego całego etapu wędrówki. (Szkice piórkiem 22–23 września, 1940; odcinki # 75, 76, 77)


Uderza w notatkach bogactwo stylu, jakby Bobkowski rozprostowując skrzydła chciał wypróbować możliwości pisanego słowa. W ciągu tych kilku dni pisarz występuje w różnych, szybko zmieniających się rolach, a rytm słów odtwarza intensywne kontrasty jazdy wysokogórskiej. W opisie zdobywania przełęczy Cayolle i Bayard słyszymy głos entuzjastycznego sprawozdawcy wyczynów sportowych. Górski pejzaż czy wschód słońca mieni się kolorystyką przywoływaną pewną ręką malarza. Po spotkaniu z polskimi górnikami w La Mure, B. przyjmuje rolę obserwatora, który z pozycji antropologa-badacza poddaje chłodnej analizie obyczaje robotniczej społeczności. W Uriage nie pozostaje ani śladu z tego dystansu.


Scenki obyczajowe z życia „towarzystwa” zbliżają się do groteski.Szkicuje je krytyk pełen pasji i gniewu, nieprzychylny obserwowanym osobnikom polskiej „inteligencji”, hrabiom i „noblessom”, „Dyrektorom” i Panienkom z Dobrych Domów, którym nie wypada zbrudzić rączek pracą: To schronisko przypomniało mi św. Helenę. Tylko że na Św. Helenie był jeden Napoleon, dwie damy i kilkunastu dworaków, pożerających się nawzajem a tu każdy jest Napoleonem – nic taniej… Tu rozbrzmiewa głos satyryka, który podkreśla bezlitośnie, wręcz karykaturalnie cechy, budzące jego zażarty sprzeciw: snobizm, szczególnie absurdalny w aktualnej sytuacji; szybka pogarda dla innych spoza towarzyskiego kręgu; hipokryzja; idealistyczne deklaracje głoszone na pokaz i starania cichcem o prywatne sprawy i sprawki… A przecież B. opisuje po części swoje własne rodzinne środowisko. Gorzko brzmią te słowa, gorzko.


Grażyna Drabik

Nowy Jork, 11 lipca, 2021


P.S. Kilka pocztówek z dawnego La Mure przywołuje obraz miasteczka, przez które przeleciał rowerzysta-B. we wrześniu 1940 r. W rozległym krajobrazie regionu Isère zaznaczają się potężne łuki wiaduktów linii kolejowej Saint-Georges-de-Commiers - La Mure, wybudowanej w 1886 do przewozu węgla. Alpejskie piękno samego miasteczka przyćmiły kopalniane pyły. W robotniczej dzielnicy la Moitte d’Aveillans dominują akcenty swojskie nam z przeszłości Śląska: rampa do ładowania węgla, szubieniczne rusztowania szybów górniczych.








48 views0 comments

Recent Posts

See All